UDOSTĘPNIJ
fot. własne

„Jakiś tłum przez miasto gna, to dziś Widzew mecz swój gra. W kasach już biletów brak, cały stadion pęka w szwach” – taką przyśpiewkę sympatycy Widzewa intonują, gdy ich ulubieńcy grają na stadionie przy al. Piłsudskiego w Łodzi. Serce Łodzi bije właśnie tu – to kolejna z kibicowskich pieśni, które wybrzmiewają w Mieście Włókniarzy. Jest ona obowiązkowa, zwłaszcza gdy na terenie „Czerwono-Biało-Czerwonych” pojawiają się odwieczni rywale zza miedzy. 

17 maja 2016 roku w centralnej Polsce byliśmy świadkami kolejnej Świętej Wojny – 64. Derbów Łodzi. Nikogo nie trzeba było mobilizować. Szczęśliwcy, którzy przed rundą wiosenną zakupili karnety, mieli miejsce na stadionie z urzędu, pozostałym przyszło walczyć o wejściówki. Ostatecznie na stadionie pojawiło się 17 443 widzów. Imponująca frekwencja jak na czwarty poziom rozgrywkowy. Trudno się jednak dziwić. Wszyscy kibice wiedzieli, że starcie z ŁKS-em może być właśnie tym na wagę awansu do II ligi. Stadion przy al. Piłsudskiego 138 szczelnie wypełnili sympatycy ubrani na czerwono, ponieważ tych ubierających się na mecze na biało zarząd klubu postanowił na obiekt nie wpuszczać. Z drugiej strony, zgodnie z prawem Hammurabiego „oko za oko, ząb za ząb”, przy al. Unii widzewiacy też nie byli mile widziani. Mimo wszystko jednak szkoda, ponieważ temperatura wzrosłaby o kilkanaście stopni.

Mimo absencji fanów „Biało-Czerwono-Białych” atmosfera była wyśmienita. Kibice Widzewa zaczęli wypełniać stadion na ponad godzinę przed pierwszym gwizdkiem arbitra. Gdy już zajęli swoje miejsca, postanowili „przywitać” gości, próbowali ich za wszelką cenę zdeprymować. Wsparcie zaoferowali także swoim ulubieńcom, gdy ci pojawili się na rozgrzewce. Do meczu pozostawały minuty, spiker instruował zasiadających na trybunach, że po rozpoczęciu meczu zostanie zaprezentowana efektowna oprawa, więc każdy ma w związku z powyższym konkretne zadanie. Derby Łodzi rządzą się swoimi prawami, toteż do centralnej Polski wysłano ekstraklasowego arbitra ze stolicy, pana Tomasza Kwiatkowskiego, by ten okiełznał gorące głowy rywalizujących ze sobą zawodników. Emocje powoli sięgały zenitu, o 19.10 arbiter dał znak, by piłka poszła w ruch.

Na trybunach pojawiły się sektorówki, znajdujący się pod nimi kibice sprawnie ubrali się w czerwone i białe płaszcze i po opuszczeniu pierwszej części oprawy, oczom wszystkich ukazała się niezwykle efektowna, mająca jednoznaczny przekaz. Na trybunie prostej kibice utworzyli napis „DERBY SĄ”. Pod Zegarem miał on swoją kontynuację „NASZE”. Kibice Widzewa po raz kolejny udowodnili, że potrafią pozytywnie zaskoczyć. Jednocześnie pokazali, że pięknie ozdobionym trybunom nie muszą towarzyszyć środki pirotechniczne. Te oczywiście dodają całości smaku, ale skoro ich użycie miałoby skutkować zamknięciem obiektu, trzeba się dostosować do panujących zasad. Derbowa otoczka podobnie, jak same Derby rządzi się swoimi prawami. Z tego powodu, zwłaszcza gdy przy piłce znajdowali się zawodnicy gości, z trybun dochodziły gwizdy i potok niecenzuralnych treści. Można jednak chyba ukuć tezę, że jak na mecz Widzew – ŁKS, tego stadionowego „mięsa” nie było aż nadto.

fot. własne
fot. własne

Kibice Widzewa dopisali. Stworzyli fantastyczne widowisko. Niestety, nie można tego powiedzieć o piłkarzach. Zainteresowanie derbową potyczką było ogromne, ale balonik bardzo szybko został przebity. O 64. Świętej Wojnie na ziemi łódzkiej można napisać, że po prostu została rozegrana. Z dziennikarskiego obowiązku dodam, że zakończyła się bezbramkowym remisem. Ostatnie minuty ŁKS zmuszony był grać jednego mniej. Zdobyty punkt bardziej zadowolił przyjezdnych. W tabeli mają oni nad Widzewem wciąż cztery punkty przewagi. Status quo, nie wiadomo, która z drużyn jest bliżej II ligi. W grze o awans nadal pozostaje Finishparkiet. Lider co się zowie.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ