UDOSTĘPNIJ
Ruch
fot. sport.interia.pl

Dwie ostatnie drużyny tabeli walczyły o życie na Stadionie Śląskim. Zwycięstwa Górnika Łęczna i Wisły Płock stawiały obie ekipy w nieciekawej sytuacji. Podział punktów nie interesował Ruchu, ponieważ podopieczni Krzysztofa Warzychy mieli w perspektywie dwa mecze wyjazdowe w Krakowie i Gdyni. Natomiast Piast chciał wydostać się ze strefy spadkowej i zapewnić utrzymanie przed końcem sezonu.

Laga na Monetę

Ruch chciał rozstrzygnąć ten mecz w prosty sposób. Wybicie na środek boiska do Jakuba Araka, a później szybkie podanie do wybiegającego na lewej stronie Łukasza Monety. W pierwszych minutach działało to całkiem sprawnie. Niestety skrzydłowy Ruchu nie mógł grać przez cały czas na pełnych obrotach. Po kilku sprintach opadł z sił i w 20. minucie przeszedł na tryb ekonomiczny.

Piast grał spokojniej. Gliwiczanie próbowali szeroko i powoli rozgrywać piłkę. Piłkarze Dariusz Wdowczyka, jak wytrawni anestezjologowie, usypiali nie tylko Niebieskich i ich kibiców, ale również samych siebie. Do apatycznej gry, goście dołożyli jeszcze byle jakie stałe fragmenty Gerarda Badii i Saszy Żivca. Swoją drogą ciekawe kto im powiedział, że powinni wykonywać rzuty rożne razem? Niczego to nie wnosiło, za to Piast tracił jednego piłkarza w polu karnym. Obie ekipy były maksymalnie rozciągnięte na całej szerokości i długości boiska, przez co nie dawały sobie szans na konstruowanie akcji czy skuteczny pressing. Oglądanie pierwszej połowy wymagało mnóstwa cierpliwości i dobrych chęci. Wydawało się, że nikt nie zdobędzie dzisiaj gola, a najwyżej jedna z drużyn go straci.

S jak Sasza i sabotażysta

Druga połowa zaczęła się symbolicznie: pięciu piłkarzy Piasta wyszło z kontratakiem, ale w momencie dośrodkowania z lewej strony żaden zawodnik nie chciał wbiec w pole karne i zamknąć akcji strzałem. Momentami zdawało się, że na odprawie przedmeczowej pojawił się jedynie Badia. Hiszpan wiedział co miał robić na boisku. Dobry występ podsumował golem na 2:0.

Czy Ruch grał dobrze, a to detale zdecydowały o porażce? Chyba nawet Tomasz Hajto miałby problemy z udowodnieniem takiej hipotezy. Jeszcze przy stanie 0:0 zespół Niebieskich mógł wyprowadzić groźną kontrę. Niestety, w najważniejszym momencie Arak źle przyjął piłkę i zakończył atak gospodarzy. Jednak na miano sabotażysty meczu zasłużył Sasza Żivec. Słoweniec był niechlujny, podejmował błędne decyzje i często kończył akcje Piasta zbędnymi dryblingami. Inna sprawa, że zwykle jedynym zawodnikiem, do którego mógł podać piłkę był Badia ustawiony na drugiej stronie boiska.

3:0 dla Piasta to zbyt wysoki wymiar kary. Jednak należy przyznać, że goście zasłużyli na zwycięstwo. W swoich szeregach mieli sprytnego trenera, rezerwowych, którzy otworzyli wynik oraz Badię. Hiszpan był jedynym jasnym punkcikiem podczas tego ponurego widowiska. Jeśli chodzi o Ruch to tylko Łukasz Moneta pokazuje, że chce zostać w Ekstraklasie. Zawodnicy niebieskich pod bramką rywali przypominali zespół złożony z daltonistów. Chociaż koszulki Piasta i Ruchu miały dziś skrajnie różne kolory, to kibice zobaczyli mnóstwo niecelnych podań. Sytuacja chorzowskiego klubu jest fatalna, ponieważ 17 punktów nie gwarantuje im utrzymania. Niebiescy będą musieli wznieść się na wyżyny swoich umiejętności, żeby utrzymać się w Ekstraklasie.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ