UDOSTĘPNIJ
Fot.: sportowefakty.wp.pl

Jak wiadomo sukces reprezentacji jest zawsze mocno nagłaśniany przez media, niezależnie czy to prasa, Internet, radio czy telewizja. Jednak nie mogliby być tak blisko kadry narodowej, gdyby nie człowiek, który dla mediów jest wręcz osobą świętą. To on pozwala dziennikarzom zbliżać się w jakikolwiek sposób do drużyny. Rzecznik prasowy – stanowisko tylko dla odpowiedzialnych ludzi, szczególnie w sporcie. W najważniejszej instytucji piłkarskiej w Polsce, czyli Polskim Związku Piłki Nożnej, taką funkcję pełni Jakub Kwiatkowski. Co ciekawe, już drugi raz.

Pan chciał zostać rzecznikiem? Albo w ogóle dlaczego Pan nim został?

W pewnym stopniu było to jakimś dziełem przypadku, bo ja chciałem być dziennikarzem. Skończyłem dziennikarstwo dziennie na Uniwersytecie Warszawskim. Trzeba zacząć od tego, że sport był zawsze obecny w moim życiu, zawsze byłem wielkim kibicem sportu. Kończąc liceum, zaplanowałem sobie, że pójdę na dziennikarstwo, żeby być blisko tego sportu. Sam trenowałem piłkę nożną, ale zdałem sobie sprawę, że wielkiej kariery nie zrobię i skoncentrowałem się właśnie na tym, żeby skończyć studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim i zacząć pracę jako dziennikarz sportowy, co też na początku mojej kariery realizowałem. Najpierw pracowałem w regionalnej rozgłośni Polskiego Radia w województwie mazowieckim „Radio Dla Ciebie”. Tam biegałem z mikrofonem i robiłem rzeczy, które niekoniecznie mi się wtedy podobały, ale wiedziałem, że trzeba być po prostu cierpliwym. Jeździłem na zawody w szermierce na wózkach (z całym szacunkiem dla tej dyscypliny oczywiście). Później zaliczyłem epizod w Radiu ZET, ale w pewnym momencie ta moja kariera dziennikarska z różnych przyczyn stanęła. Trafiłem do Eurosportu, gdzie zacząłem zajmować się komunikacją w odpowiednim departamencie. Tam spędziłem siedem lat. Poznałem wielu ludzi ze środowiska sportowego. Wtedy pojawiła się szansa zostania rzecznikiem PZPN, jeszcze za kadencji Grzegorza Laty. Wydawało mi się to interesujące jako dalszy etap w rozwoju mojej kariery, więc poszedłem. Wprawdzie na krótko, bowiem niespełna pół roku, ale absolutnie nie żałuję, że tak się to wszystko potoczyło. Praca z ówczesnymi władzami nie była łatwa i prosta. Następnie dwa lata byłem rzecznikiem Ministerstwa Sportu i Turystyki. Za pierwszej kadencji Zbigniewa Bońka, konkretnie w grudniu 2012 roku, dostałem drugą szansę bycia rzecznikiem PZPN-u, a od listopada 2013 także jestem rzecznikiem reprezentacji. Współpracuję także z UEFA jako media officer. Często mylone stanowisko z rzecznikiem, ale nie mają ze sobą nic wspólnego. Bardziej tu chodzi o zarządzanie pracy mediów podczas wydarzeń organizowanych przez europejską federację. W tym sezonie pracowałem przy meczach Legii Warszawa w Lidze Mistrzów. Uważam, że to wszystko bardzo dobrze się poukładało. Można  też powiedzieć, że to, że rzecznikiem zostałem, w pewnym stopniu jest dziełem przypadku.

Kiedyś rzecznicy mieli być czymś w rodzaju artylerii przeciwlotniczej. Gdy Pan zaczynał w PZPN-ie, to też miał być taką artylerią, czy tworzyć obraz otwartego związku na media?

Przy moim pierwszym podejściu, to było w 2009 roku, to wtedy raczej taka artyleria. Jak sobie przypomnimy, jakie wówczas panowały relacje na linii PZPN – media, to, mówiąc delikatnie, nie były dobre. Starałem się wprowadzić takie podstawowe elementy komunikacji, zarządzania komunikacją związku jak w korporacji, bo jakby nie patrzeć, PZPN jest pewnego rodzaju korporacją. To drugie podejście (obecne) to już nie była ta artyleria, tylko budowanie właściwych relacji z otoczeniem i otwartości na media. Nie można być dobrym rzecznikiem, czy też specjalistą od komunikacji, kiedy się walczy z mediami. Każda walka z mediami kończy się porażką, więc trzeba być otwartym na media, rozumieć je i współpracować z nimi.

Wychodzę też z założenia, że społeczeństwo należy informować, a nie oszukiwać. Dzisiaj każda instytucja, każda organizacja musi komunikować. Jeżeli nie będzie tego robić, to znaczy, że nie istnieje. Jeżeli nie będzie się o niej mówić, pisać, to nie istnieje. Litery „P” i „R” tłumaczę sobie jako „Promocja Reputacji” i myślę, że to idealnie pasuje do dziedziny, którą się zajmuję. Ważne jest też to, jak my rozmawiamy. Kluczową rolę odgrywa to, jak to robimy – gestykulacja, tember głosu, postawa ciała. Im pewniej, tym lepiej – dziennikarze chętniej wezmą informację oraz można przejąć kontrolę nad rozmową.

Gdy Pan zaczynał w Eurosporcie, to najpierw dostawał Pan jakieś podrzędne zadania, czy od razu rzucono Pana na głęboką wodę?

W pewnym sensie to było na głęboką wodę, ale nie da się pracować jako komunikator czy w dziale komunikacji, nie znając mediów. Trzeba znać media, procesy wydawnicze, kiedy i z czym można do kogoś wyjść. Mając taki background, to zdecydowanie łatwiej jest przebranżowić się, przejść z jednej strony rzeki na drugą, zostawiając dziennikarstwo na rzecz komunikacji. Ale oczywiście to była jakaś tam nauka, na pewno dużo się tam nauczyłem.

Wzorował się Pan na kimś? Miał Pan wzór rzecznika?

Jak zaczynałem tę pracę, to cały czas dziedziny public relations, komunikacji u nas były dopiero rozwijające się. Nie było rzeczników takich z krwi i kości, pełną gębą, więc nie miałem jakiegoś wzorca. Raczej uczyłem się na błędach. Jak to w życiu – najlepszym treningiem jest codzienna praca i uczenie się tego ciągle.

Łatwo Pan wyczuwa, który dziennikarz żyje kadrą narodową, a który tak od zgrupowania do zgrupowania?

Oczywiście. Jest grupa dziennikarzy, która bardzo dobrze jest przygotowana do tematu. Ale nie ma w tym przypadku, bo oni są na tych zgrupowaniach, jeżdżą na każde mecze, wyjazdowe także, oni tym żyją na co dzień. Niestety, jest też grupa dziennikarzy, głównie z telewizji newsowych, ich wiedza jest nieco płytsza niż dziennikarzy sportowych. To też nie jest wina tych osób oczywiście, tylko charakterystyki dzisiejszych mediów. Pracownicy mają codziennie inne zadania do realizacji, a nie można być specjalistą od wszystkiego. Jak obserwuję to, jak oni podchodzą do mojej działki, to martwi mnie to, że do innych spraw i tematów, które na co dzień omawiają, nie są wystarczająco przygotowani. Mogą mieć o nich nie za wysoką wiedzę, a jednak ludzie czerpią wiedzę na temat świata z telewizji, gazet i innych mediów. Dzisiaj media się tak rozwinęły, że trzeba być specjalistą w wielu dziedzinach, ale nie da się tak po prostu. Nie da się przygotować w 100% do danego wydarzenia czy materiału, bo tak gonią dziennikarzy czas i inne obowiązki.

Przewiduje Pan pytania, jakie mogą paść na konferencji? Czy może udało się Pana kiedyś zaskoczyć?

Myślę, że trzeba wiedzieć, o czym się mówi, trzeba śledzić media. Wiadomo jakie są sytuacje, o których się rozmawia, więc raczej pytania nie zaskakują. Nie przypominam sobie takiej sytuacji, czy to podczas konferencji lub wywiadów.

Kusiło Pana czasem, żeby podziękować jakiemuś dziennikarzowi za obecność na konferencji i go wyprosić? Czy może były takie przypadki?

Nigdy nikogo nie wyprosiłem, aczkolwiek staram się interweniować, jeśli jest stanowczo powiedziane, że zamykamy jakiś temat, ale wiadomo, że dziennikarze będą chcieli coś drążyć. Przygotowujemy się do konferencji. Wiemy, co możemy powiedzieć, a czego nie. Piłka nożna ma to do siebie, że przygotowania do meczu odbywają się już nawet na konferencji prasowej. Są różne historie z przeszłości, np. przed meczem wyjazdowym z Irlandią Grzegorz Krychowiak był chory, nie było wiadome, czy zagra – o takich rzeczach się nie rozmawia, bo rywale też śledzą media, informacje, więc to jest też element przygotowań do meczu i o pewnych sprawach się po prostu nie mówi.

Dla Pana smartfon jest jak trzecia ręka?

Mam nawet dwa smartfony (śmiech) – służbowy i prywatny. Prywatny też funkcjonuje w obiegu dziennikarskim. Myślę, że jakieś 50% numerów mam na prywatnym i służbowym. Jest to podstawowe narzędzie pracy. Podczas EURO 2016 musiałem trzy razy dziennie ładować telefon. Nie koloryzuję, bo faktycznie przy takim natężeniu pracy, jakie towarzyszy takiemu wielkiemu wydarzeniu, to mam po co najmniej 200 telefonów dziennie dostawałem. To jest naprawdę męczące, ale trzeba być skoncentrowanym. Może się wydawać, że taka praca nie jest męcząca, ale może być bardziej niż praca fizyczna, bo trzeba być tak naprawdę 24 godziny na dobę w pełni skoncentrowanym, uważać, ważyć słowa, trzymać ciśnienie, nie można przekazywać negatywnych emocji ze swojej strony. Co więcej, nie można używać słów negatywnych, bo zwłaszcza jak rozmawiamy przed kamerą czy nagrywamy „setkę”, później te słowa mogą zostać wycięte i znaczenie w ogóle przeinaczone.

Jeszcze mam trzeci telefon na biurku. Z reprezentacją na przygotowania na EURO 2016 wyjechałem 16 maja. Wróciłem na chwilę do Warszawy 2 czerwca. W tym czasie miałem nieodebranych 1400 połączeń.

Zdarzają się takie dni, że dzwoni telefon częściej poza PZPN-em niż w biurze?

Tak, ta praca też ma taki charakter sinusoidalny. Są momenty, kiedy jest naprawdę bardzo dużo zajęć, ale są też takie spokojniejsze chwile, np. styczeń – to jest martwy sezon tak naprawdę. Nie gra reprezentacja, nie grają ligi, piłka nożna w Polsce zapada w sen zimowy, więc jest zdecydowanie spokojniej, ale wiadomo, że najwięcej tej pracy jest wtedy, kiedy gra reprezentacja.

Jak wygląda normalny dzień rzecznika w takim martwym sezonie?

Każdy dzień zaczyna się tak samo – od przeglądu prasy, ale ja zaczynam każdy dzień od Twittera. Jeszcze będąc w domu, przed wyjściem do biura, pijąc kawę, zawsze czytam Twittera, bo to też pozwala mi się już przygotować do tego, co tak naprawdę może mnie czekać w pracy. Później oczywiście przegląd prasy, przygotowanie prasówki dla kierownictwa PZPN-u. Departament Komunikacji i Mediów PZPN ma już wiele zadań, w kilkanaście osób tworzymy nawet własny kontent. Co poniedziałek się spotykamy, takie kolegium redakcyjne, o 8 rano, ustalamy plan działania, co nas czeka w najbliższym tygodniu, co chcemy zrobić, wymieniamy się swoimi doświadczeniami, informacjami.

Woli Pan te spokojniejsze dni czy takie pełne roboty?

Zdecydowanie wolę, gdy coś się dzieje. Ta praca daje mi dużo pozytywnej energii i adrenaliny. Lubię pracować na takiej adrenalinie i wręcz nie lubię nudy.

Wspomniał Pan o rozmowach z mediami, żeby uważać. Często się zaprasza rzeczników na dłuższe wywiady?

Powiem tak – jeśli są zgrupowania reprezentacji, to tych wywiadów jest dużo. Pamiętam, jak wróciliśmy z Francji po EURO 2016, to na drugi dzień, praktycznie od rana, byłem w każdej możliwej telewizji. Wszyscy chcieli rozmawiać na temat tego, jak wyglądał nasz występ na turnieju.

Często jest też tak, że przyjeżdża dziennikarz z góry już założoną tezą i widzą już gotowy materiał. Chcą usłyszeć tylko jedno konkretne zdanie po to, żeby poprzeć swoją tezę, a ona bywa dla nas niewygodna i niekorzystna. Jednak można utrudnić mu pracę – jeżeli udzielamy odpowiedzi, możemy zacząć na przykład od słów „Ale ja chciałem powiedzieć o trzech najważniejszych rzeczach – po pierwsze…, po drugie… i po trzecie…”. Dziennikarz nie zacznie wejścia od zdania zaczynającego się na „Po trzecie”, bo będzie to nielogicznie brzmiało.

Ale zdarzają się też takie wywiady jak nasz. Młodzi ludzie się kontaktują, chcą porozmawiać. Jest dzisiaj dużo stron internetowych, chcą zaistnieć jako dziennikarze i uczyć się tego zawodu. I bardzo dobrze! Im wcześniej zacznie się uczyć, tym lepiej, człowiek zdobędzie więcej doświadczenia. Sam kiedyś zaczynałem. Jeżeli są takie prośby i zapytania, to ja zawsze chętnie rozmawiam, żeby też podzielić się trochę swoimi doświadczeniami. Jednak z drugiej strony jak patrzę dzisiaj na młodych ludzi, którzy odpalają strony internetowe i każdy chce chodzić na mecze reprezentacji, to ja wychodzę z założenia, że reprezentacja to jest uniwersytet, a najpierw trzeba skończyć podstawówkę, więc warto tego zawodu i warsztatu uczyć się na mniejszych zawodach i wydarzeniach po to, żeby kiedyś pisać o tych najbardziej interesujących.

Udzielając wywiadu, musimy pamiętać, że to jest tez nasza prezentacja, którą chcemy pokazać odbiorcy.

Rzecznik ma być sumieniem swojego szefa. Pan się czuje sumieniem Zbigniewa Bońka?

Absolutnie nie (śmiech). Zbigniew Boniek jest tak wyrazistą postacią, sam doskonale czuje media, umie się w nich poruszać, jest też wiodącą twarzą PZPN-u. To, że związek czy polska piłka ma taki wizerunek, zawdzięczają właśnie Bońkowi. Jemu absolutnie nikt nie może nic sugerować, zabronić mówić, sam prowadzi swoją politykę medialną. Czasami z naszej strony jakieś sugestie padają, ale sam prezes doskonale wie, co powinien robić, a czego unikać.

Widzi Pan u siebie mocniejsze i słabsze strony jako rzecznik?

Na pewno, nie ma ludzi idealnych. Na pewno powinienem trochę popracować nad swoją dykcją (śmiech), więc jest tu na pewno pole do popisu. Człowiek uczy się całe życie, więc nie można przestawać i zadowalać się jakimś minimalizmem, tylko trzeba cały czas pracować. Zwłaszcza, że rynek medialny zmienia się w tak błyskawicznym tempie, że trzeba się udoskonalać i pracować nad sobą.

Nie czuje Pan tego, że ludzie mogą zazdrościć tego, że jest Pan tak blisko reprezentacji? Na przykład podrzędni dziennikarze, z tych telewizji newsowych…?

Generalnie dziennikarze zaczynają na nas patrzeć jak na pewnego rodzaju konkurencję. Żaden dziennikarz nie będzie miał takiego dostępu do reprezentacji, jaki my mamy. Z tą drużyną jesteśmy już ładnych parę lat, zdobyliśmy ich zaufanie. Zauważyli, że to, co my robimy, jest pozytywne dla nich samych, że to jest pozytywne budowanie ich wizerunku i oni chętniej z nami rozmawiają niż z tradycyjnymi mediami, które postrzegają nas też jako pewnego rodzaju zagrożenie. Zdarzają się takie komentarze nieprzychylne nam, że my im zabieramy chleb, ale myślę, że to przez rozwój mediów elektronicznych to zmierza właśnie w takim kierunku, żeby to coraz częściej tak wyglądało. Często, może nie dziennikarze, ale kibice w mediach społecznościowych, czy to do mnie, czy do Łukasza Wiśniowskiego, piszą, że „mamy dream job”, że każdy chciałby być na naszym miejscu. Skłamałbym mówiąc, że to jest nieciekawa praca, bo jest naprawdę fantastyczna. Sam kiedyś w piłkę kopałem, bardziej się przebierałem za piłkarza, niżeli nim byłem. Bycie częścią tej drużyny to jest spełnienie marzeń i realizacja młodzieńczych pasji i daje to naprawdę wiele satysfakcji.

Dziennikarze odczuwają presję wydawców, redaktorów naczelnych i otoczenia, żeby tekst miał jak najwięcej wyświetleń. Pan jako rzecznik też ją odczuwa?

Może to zabrzmi megalomańsko i fałszywie, ale ja nie czuję presji. No, może czasami presję czasu. Mnie moja praca nie stresuje, nie denerwuje, czerpię z niej przyjemność. Nawet nie umiem znaleźć historii w głowie z takim naprawdę trudnym momentem.

Gdy reprezentacja ma treningi na przykład na siłowni, też Pan korzysta z chwili by poćwiczyć razem z nimi i porozmawiać?

Oczywiście. Sport w moim życiu to nie tylko zainteresowanie, ale także jestem wręcz uzależniony od sportu, od jego regularnego uprawiania. Na zgrupowaniach przed śniadaniem idę pobiegać. Co drugi dzień biegam, co drugi dzień chodzę na siłownię. Sam gram też trochę w piłkę, mamy swoją drużynę PZPN-u, gramy w Lidze Biznesu, jeżdżę na nartach. Przebiegłem też już swój pierwszy maraton w życiu. Gdybym nie mógł uprawiać sportu, nie czułbym się z tym najlepiej.

Już tyle razy mówił Pan, że grał i gra w piłkę nożną. Proszę powiedzieć, w jakim klubie, na jakiej pozycji, itd.

To było na początku lat 90-tych, grałem na bramce. Może wzrostu nie miałem tyle jak na bramkarza by przystało, ale Iker Casillas też nie jest za wysoki. Trenowałem w klubie Bug Wyszków, akurat tam się wychowałem. Na juniorach skończyłem i uznałem, że jednak będę się koncentrował na nauce.

No i to wyszło Panu raczej na dobre.

Tak, jak najbardziej! Nie zmieniłbym w mojej karierze absolutnie nic. Gdybym mógł swoje życie powtórzyć, wszystko bym zrobił tak samo.

Gdy Pan szedł na studia dziennikarskie, też Panu wmawiano, że po dziennikarstwie nie zostaje się tak naprawdę dziennikarzem?

Żeby być dziennikarzem, tak naprawdę nie trzeba koniecznie kończyć studiów dziennikarskich. Praktyka – bez tego nie ma możliwości, żeby się nauczyć tego zawodu. Uważam, że jeśli ktoś idzie na dziennikarstwo, to powinien jak najszybciej zacząć pracę w roli dziennikarza. Na pierwszym roku od razu do radia poszedłem i zacząłem pracę jako dziennikarz i uważam, że to było najlepsze wyjście. Studia dziennikarskie na UW to zwykłe studia humanistyczne, praktyki tam nie ma w ogóle. Oczywiście, jakieś przedmioty teoretyczne jak o mediach w Polsce, retoryka są potrzebne, ale praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka – to jest przede wszystkim potrzebne.

Nie ma Pan wrażenia, że ten wielki świat dziennikarski, te większe media, czy też poważniejszy polski sport, jest zamknięty na młodych i wchodzących w zawód dziennikarzy? Pan akurat tutaj wychodzi na przekór temu.

Dzisiaj poprzez rozwój Internetu to spectrum jest znacznie większe, wręcz olbrzymie, bo każdy może tworzyć treści i będzie się nazywał dziennikarzem. Mamy dzisiaj tak duży rozwój techniczny, że każdy może komunikować, stworzyć portal, fanpage na Facebooku, prowadzić bloga. Z jednej strony dzięki temu jest łatwiej zaistnieć, a z drugiej konkurencja jest tak olbrzymia, że się trudno wybić. Takich przeróżnych stron jest naprawdę duża liczba. Sam to widzę, gdy mecze organizujemy i składane są wnioski akredytacyjne na mecze, to niejednokrotnie nie wiem, co to jest za redakcja. Uważam, że najpierw trzeba szlifować swój warsztat na takich mniejszych imprezach, by do tych dużych dojrzeć i dorosnąć. W dziennikarstwie ważnym też jest, żeby się nie poddawać. Skoro ma się jakiś cel, to się do niego konsekwentnie dąży. Wyrzucą mnie drzwiami, to wejdę oknem.

Nie myślał Pan, żeby zostać wykładowcą na uczelni? Na przykład na zasadzie współpracy chociażby Uniwersytecie Warszawskim lub Wrocławskim?

Myślałem o tym. To by było fajne, nowe doświadczenie. Robiłem wcześniej parę szkoleń. Raz dostałem propozycję współpracy z jakąś organizacją, wymieniliśmy się wizytówkami, ale dzisiaj na razie tematu nie ma. Jednak jakby była możliwość od uczelni, to na pewno bym nie powiedział „nie”.

I oczywiście przedmiot byłby związany z tematem media relations.

Tak. Myślę, że to jest coś, w czym czuję się najlepiej, mógłbym się podzielić doświadczeniem z młodymi ludźmi, którzy też taki pomysł na swoje życie by widzieli.

Czy można powiedzieć, że praca w PZPN-ie funkcjonującym tak jak teraz to jest szczyt marzeń i kariery rzecznika?

Zastanawiałem się czasami nad tym i wydaje mi się, patrząc na swoją osobę, że bardzo się interesowałem sportem, a piłka nożna numerem jeden była i jest, to praca jako rzecznik prasowy to chyba jest taki szklany sufit jeśli chodzi o Polskę. Myślę, że nie ma chyba lepszego stanowiska dla rzecznika prasowego, który interesowałby się sportem w naszym kraju. Pewnie praca w klubie ma nieco inną specyfikę, ale uważam, że pracujemy z najlepszą i najpopularniejszą drużyną w Polsce, więc naprawdę trudno by było mieć coś jeszcze lepszego.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ