UDOSTĘPNIJ
fot. videohive.net

Mewy. Nadmorskie ptaki lubujące się w pieczywie otrzymywanym od wczasowiczów, na Wyspach Brytyjskich mają jeszcze inne, ważniejsze znaczenie. Zwłaszcza nad kanałem La Manche, gdzie są traktowane po królewsku. Szczególnie teraz. Popularne „The Seagulls” z Falmer Stadium po 34-ech latach wracają do angielskiej ekstraklasy.

Pamiętacie, co robiliście w 1983 roku? Mnie np. jeszcze na świecie nie było. A właśnie wtedy zespół, o którym mowa – Brighton Hove & Albion – zagrał po raz ostatni w najwyższej klasie rozgrywkowej Jej Królewskiej Mości. Były to czasy, gdy w futbol nie wpompowywano jeszcze wielkiej kasy, a dzisiejsza Premier League nosiła zaszczytny tytuł First Division. W kampanii 1982/83 po drugi z rzędu mistrzowski tytuł zdobył Liverpool. „The Reds” zostawili za plecami Watford i Manchester United.

Derbowy rywal „Czerwonych Diabłów” znajdował się wówczas na drugim biegunie tabeli i wraz ze Swansea City i „Mewami” żegnał się z elitą. Co ciekawe, gdy 13 maja 1983 roku Manchester City na pożegnanie przegrywał na Main Road z Luton 1:0, a Brighton na wyjeździe ulegli 2:1 z Norwich, w odległej Afryce – w iworyjskim Bouaké – swój pierwszy krzyk wydał przyszły zawodnik „Citizens”, Gnégnéri „Yaya” Touré. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej w Premier League zadebiutował 14 sierpnia 2010 roku na White Hart Lane w starciu z Tottenhamem. W tym samym dniu dwa szczeble niżej Brighton podejmowało Rochdale AFC. Historia okazała się dla ekipy z hrabstwa Essex wyjątkowo brutalna. Nawet najwięksi pesymiści nie sądzili, że sezon 1982/83 będzie miał takie znaczenie.

A przecież nie tak miał on wyglądać. Jeszcze pod koniec sierpnia 1982 roku, gdy na Falmer Stadium w meczu 1. kolejki zameldowali się gracze Ipswich Town, nic nie zapowiadało katastrofy. Ta nastąpiła kilka miesięcy później. „Mewy”, które we wcześniejszej kampanii zajęły przyzwoite 13. miejsce w tabeli, na starcie przywoływanych zmagań zremisowały z ówczesnym wicemistrzem Anglii 1:1. Apetyty wzrosły. Czar prysł już w dwóch następnych kolejkach, gdy przyszło im grać w delegacjach: z West Bromich Albion oraz Nottingham Forrest. Porażki 0:4 i 0:5 pokazały, że „The Albion” mogą mieć olbrzymie problemy w dalszej części sezonu.

Rzeczywiście tak się stało. Na pierwszy komplet oczek przywiezionych z obcego terenu sympatykom Brighton przyszło czekać aż do 28. kolejki, gdy na Vetch Field – ówczesnym stadionie Swansea – ich ulubieńcy pokonali „Łabędzie” 2:1. Okazało się, że było to jedyne w sezonie zwycięstwo „Mew” na wyjeździe. Łącznie poza Falmer Stadium „The Seagulls” wywalczyli tylko dziewięć punktów – zdecydowanie za mało, by utrzymać się w First Division. Znacznie lepiej zespół znad kanału La Manche prezentował się przed własną publicznością, ale to nie wystarczyło, by móc pozostać pomiędzy angielską „śmietanką towarzyską”.

Warto jednak przypomnieć, że właśnie w spadkowym sezonie podopieczni trenera Jimmy’ego Melii dotarli do historycznego finału Pucharu Anglii. Ich rywalem był wielki Manchester United. W pierwszym spotkaniu po wyrównanym boju padł remis 2:2. W powtórzonym meczu ekipa z Old Trafford nie pozostawiła złudzeń rywalowi rozbijając go aż 4:0. Porażka i koniec wielkiej piłki przy Falmer Stadium. Na świecie kinomaniacy zachwycali się premierą szóstej odsłony gwiezdnej sagi – „Powrót Jedi” – a w hrabstwie Essex polały się łzy. Degradacja i brak jakiegokolwiek trofeum na pocieszenie. 25 maja 1983 roku moc z pewnością nie była po stronie Brighton.

Minęły przeszło trzy dekady i siła powraca. W grudniu w kinach wraz z „Ostatnim Jedi”, w sercach „The Albion” dzięki dobrej grze w przekroju całego sezonu w Championship, a także niedawnemu domowemu zwycięstwu nad Wigan Atheltic 2:1. Choć piłkarzom na zapleczu angielskiej ekstraklasy przyszło rozegrać jeszcze trzy mecze, przewaga podopiecznych Chrisa Hughtona jest na tyle okazała, że mogli oni wraz ze swoimi kibicami otwierać szampany już po 43. kolejce. Duża w tym zasługa francuskiego pomocnika, Anthony’ego Knockearta i wciąż walczącego o koronę króla strzelców, angielskiego napastnika Glenna Murray’a. „Mewy” dotąd ustrzeliły rywala 73 razy. Ponad połowę goli (37 – red.) zdobył ww. duet. Gdy doliczyć do ich dorobku 13 asyst, nie trzeba nikogo przekonywać, że to właśnie oni stanowią o sile „The Seagulls”. Pytanie tylko, czy zostaną oni przy Falmer Stadium na następny sezon?

Warto również się zastanowić, kto oprócz „Mew” zasili Premier League w kampanii 2017/18? Newcastle, Sheffield Wednesday? „Sroki”, a może „Sowy”? Z pewnością od sierpnia do ligowców Jej Królewskiej Mości dołączą kolejne „ptaki”, wciąż pozostaje jednak wiele niewiadomych. „Mewy” wylądowały na najwyższym szczeblu rozgrywek. Latem cała Anglia ponownie o nich usłyszy. Zgodnie z klubowym hymnem, uskrzydleni piłkarze Brighton będą chcieli wznieść się jeszcze wyżej. Wyżej niż 34 lata temu.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ