UDOSTĘPNIJ
fot. widzewlodz.pl

25 – tyle goli obejrzeli kibice w trakcie dwóch przedświątecznych dni. Trzecia liga tym razem rozgrywała swoje spotkania w piątek (5) i sobotę (3). Nie była to kolejka udana dla gości. Dobrze nie zapamięta jej także ŁKS Łódź – ale po kolei…

Nieudany rewanż

Podopieczni trenera Dariusza Bayera bardzo chcieli się zrewanżować Finishparkietowi za wstydliwą porażkę z jesieni (6:0 – przyp. red.). Na nieszczęście Jagiellończyków, musieli oni przystąpić do czwartkowej potyczki w mocno osłabionym składzie. Od samego początku stroną przeważającą byli goście. Nikogo szczególnie nie zdziwiło, gdy wyszli oni na prowadzenie już po kwadransie gry. Krzysztofa Karpieszuka do kapitulacji zmusił Maciej Koziara. Trzeba oddać, że golkiper białostoczan nie najlepiej zachował się w swojej „szesnastce”. W dalszej części pierwszej połowy piłkarze trenera Sławomira Majaka mieli jeszcze kilka swoich okazji, ale żadna z nich nie zakończyła się dla nich pomyślnie.

Gospodarze także mogli doprowadzić do remisu, ale po główce Emila Gajki dobrze między słupkami spisał się Mateusz Rzepecki. W związku z powyższym do przerwy wynik już nie uległ zmianie. W drugą część meczu ponownie lepiej weszli przyjezdni. W 52. minucie na 2:0 podwyższył Michał Miller. Nie podlegało dyskusji, że to wicelider zainkasuje w tej potyczce komplet punktów. Ostateczny cios „Nowomiejskie Lwy” zadały rywalowi w 84. minucie. Dublet ustrzelił Maciej Koziara. Gol 20-letniego napastnika był ozdobą meczu. Białostoczanom rewanż się nie udał. Szansę na zwycięstwo będą mieć już w następną sobotę. Wtedy też zagrają na wyjeździe z Sokołem Ostróda. Ekipa znad Drwęcy przed własną publicznością zagra z ŁKS-em Łódź. Spotkanie na szczycie będzie jednocześnie hitem 24. serii trzecioligowych zmagań.

Jagiellonia II Białystok – Finishparkiet Drwęca Nowe Miasto Lubawskie 0:3 (0:1)

[0:1] 15′ M. Koziara
[0:2] 52′ M. Miller
[0:3] 84′ M. Koziara

Grząsko i deszczowo

Pelikan na wiosnę wygrał tylko raz. Na inaugurację rundy zespół trenera Piotra Zajączkowskiego pokonał Motor Lubawa (2:0 – przyp. red.). Łowiczanie kolejną szansę, aby zainkasować komplet punktów, mieli w wyjazdowym spotkaniu w Morągu, czyli na terenie zespołu, który potrafił urwać punkty Widzewowi i ŁKS-owi. Na obiekcie Kaczkana nie jest łatwo nikomu, granie utrudnia m.in. grząska murawa. W piątkowe popołudnie dodatkowo piłkarzom nie sprzyjały niebiosa. W trakcie meczu hulał wiatr, padał deszcz, a także grad.

Z kiepską aurą lepiej poradzili sobie gospodarze, jednak gole kibice oglądali dopiero w drugiej odsłonie. Po zmianie stron, w 57. minucie arbiter po zagraniu ręką przez jednego z gości, wskazał na „wapno”. Do piłki podszedł Daniel Chiliński i otworzył wynik spotkania. Chwilę później 27-letni pomocnik powinien strzelić na 2:0, jednak jego lob okazał się minimalnie niecelny. Piłkarze trenera Czesława Żukowskiego dopięli swego w 78. minucie. Wtedy też trójkową akcję gospodarzy sfinalizował Radosław Lenart. Pelikan próbował odpowiedzieć, ale przyjezdni nie mieli najlepszego dnia i wynik już nie uległ zmianie. Na drugie wiosenne zwycięstwo łowiczanie poczekają co najmniej do przyszłego tygodnia. Wtedy też podejmą Lechię Tomaszów Mazowiecki. Kaczkan po kolejne punkty wybierze się na trudny teren do Ełku.

Kaczkan Huragan Morąg – Pelikan Łowicz 2:0 (0:0)

[1:0] 57′ D. Chiliński (rzut karny)
[2:0] 78′ R. Lenart

Sześć minut, które wstrząsnęło Ruchem

W poprzedniej kolejce piłkarze trenera Karola Szwedy odpoczywali, ponieważ ich mecz z Huraganem Wołomin ostatecznie nie doszedł do skutku. Co innego Ruch, który na wyjeździe walczył jak równy z równym z Finishparkietem (2:2 – przyp. red.).  To jednak wypoczęci zawodnicy Sokoła Ostróda od 26. minuty zmuszeni byli gonić rywala. Na listę strzelców wpisał się Kamil Zalewski. Najskuteczniejszy zawodnik z Wysokiem Mazowieckiem strzelił dwunastego gola w sezonie i – ku zadowoleniu kibiców gospodarzy – odblokował się.

Mądrze rozgrywający spotkanie zawodnicy trenera Mykoły Dremluka do przerwy nie oddali prowadzenia. W drugiej odsłonie, choć wynik długo nie ulegał zmianie, beniaminek długo nie dopuszczał rywala pod swoją bramkę. Zespół z Ostródy pierwszy cios zadał w doliczonym czasie gry, kiedy do siatki piłkę skierował Adrian Pluta. Sokół poczuł krew i pięć minut później za sprawą trafienia Sebastiana Pączki zgarnął sprzed nosa trzy punkty gospodarzom. Kibice Ruchu nie mogli uwierzyć własnym oczom. Piłkarze także. Przegrani za tydzień w sobotę wyjadą w delegację do Aleksandrowa Łódzkiego. Zwycięzców czeka domowa potyczka z rezerwami Jagiellonii.

Ruch Wysokie Mazowieckie – Sokół Ostróda 1:2 (1:0)

[1:0] 26′ K. Zalewski
[1:1] 90+1′ A. Pluta
[1:2] 90+6′ S. Pączko

Rywal bez szans

Kontuzje zdziesiątkowały zespół Huraganu, przez co wołomińska ekipa musiała w poprzedniej serii spotkań oddać walkowera Sokołowi z Ostródy. Z kolei drużyna trenera Piotra Kupki w dość pechowy sposób zremisowała na własnym terenie z Ursusem Warszawa (1:1 – przyp. red.). Spotkanie z kiepsko spisującym się beniaminkiem było dlań idealną okazją na poprawienie sobie humorów przed świętami. Już w 4. minucie przyjezdni mogli wyjść na prowadzenie. Po strzale Łukasza Chojeckiego piłka odbiła się jednak tylko od poprzeczki. Zmasowane ataki przyniosły korzyść w 22. minucie. Wtedy też gola na 1:0 zdobył Michał Michałek. Osiem minut później powinno być 1:1, ale w sytuacji sam na sam Michała Brudnickiego pokonać nie zdołał Daiji Kimura. 22-letni napastnik z Japonii uderzał piłkę głową, ale jego strzał instynktownie obronił golkiper gości.

Niewykorzystane sytuacje się mszczą, więc jeszcze przed przerwą Sokół, a właściwie Michał Michałek bezpośrednim strzałem z rzutu wolnego ponownie ukuł rywala. Po zmianie stron kibice na trzecie trafienie przyjezdnych czekali tylko dziewięć minut. Kolejny rzut wolny, tym razem na gola zamienił go Łukasz Chojecki. Dzieła zniszczenia przedostatniej drużyny w tabeli dopełnił w 86. minucie Michał Wrzesiński. Huragan przegrał kolejny mecz. Nie pomogła nawet zmiana na ławce trenerskiej. W 24. kolejce zespół trenera Dariusza Bratkowskiego poszuka punktów w Nowym Dworze Mazowieckim. Piłkarze Sokoła przed własną publicznością zagrają z Ruchem.

Huragan Wołomin – Sokół Aleksandrów Łódzki 0:4 (0:2)

[0:1] 22′ M. Michałek
[0:2] 45′ M. Michałek
[0:3] 54′ Ł. Chojecki
[0:4] 86′ M. Wrzesiński

Nic dwa razy się nie zdarza

Jesienią właśnie w meczu z ŁKS-em 1926 Łomża beniaminek z Lubawy zainkasował premierowy punkt. Zawodnicy trenera Krzysztofa Malinowskiego liczyli, że w rewanżowej potyczce także uda im się wywalczyć choćby jedno oczko. W 6. minucie ich zapał ostudził Darius Cibulskas. Szybko zdobyty gol zapowiadał kanonadę strzelecką ze strony piłkarzy trenera Mateusza Miłoszewskiego, ale ostatecznie nic takiego nie miało miejsca. Gra się wyrównała i w pierwszych 45. minutach więcej goli nie oglądano. Po przerwie Motor śmielej ruszył do ataku, ale akcje skutecznie rozbijane były przez defensywę miejscowych. Ci w 79. minucie za sprawą Pawła Drażby trafili po raz drugi i właściwie zakończyli piątkowe emocje na stadionie w Łomży. Porzekadło nic dwa razy się nie zdarza nie jest tylko pustym frazesem.  Kolejną szansę na wywalczenie punktów lubawianie będą mieli 22 kwietnia (sobota), gdy na Łazienkowską zawita Ursus Warszawa. „Ełkaesiacy” o kolejne oczka powalczą w Łodzi, w starciu z Widzewem.

ŁKS 1926 Łomża – Motor Lubawa 2:0 (1:0)

[1:0] 6′ D. Cibulskas
[2:0] 79′ P. Drażba

Porażka warta posadę

Lechia w poprzedniej kolejce postraszyła na wyjeździe Widzew (porażka 2:1 – przyp. red.), ale za ambicje w futbolu punktów się nie dodaje. Z kolei Concordia w Łowiczu prowadząc 2:0, dała sobie strzelić dwa gole i wywiozła z obiektu Pelikana tylko punkt. Zawodnicy trenera Łukasza Nadolnego w następnej delegacji nie chcieli powtórzyć tego błędu. Mecz rozpoczął się dla nich znakomicie. Już po upływie sześćdziesięciu sekund powinni prowadzić 1:0, ale po strzale Adama Dudy piłka tylko odbiła się od słupka. Szczęście do gości uśmiechnęło się w 13. minucie. Po strzale Mateusza Szmydta piłkę niefortunnie odbił Dawid Kędra, futbolówka spadła pod nogi Mariusza Pelca, a ten nie miał problemów, by wpakować ją do bramki.

W 30. minucie golkiper gospodarzy po części odkupił swoje winy, ponieważ po strzale Mariusza Pelca popisał się fantastyczną interwencją. Chwilę wcześniej w zamieszaniu w polu karnym do piłki doszedł Michał Kiełtyka, jednak po jego strzale futbolówka trafiła w słupek. Lechia w pierwszej połowie tak naprawdę nie istniała. Najgroźniejszą sytuację tomaszowianie wypracowali w 36. minucie. Sam na sam z Oskarem Pogorzelcem wyszedł Marcin Mirecki, ale tym razem napastnik miejscowych musiał uznać wyższość golkipera rywala. Zespół trenera Grzegorza Dziubka miał furę szczęścia, że do przerwy przegrywał tylko jedną bramką.

Po kwadransie odpoczynku „Słonie” nie zamierzały siąść na laurach. Już dwie minuty po powrocie na murawę, na listę strzelców wpisał się Adam Duda. Dwieście czterdzieści sekund później tomaszowianie stanęli przed szansą na złapanie kontaktu, ale ponownie na wysokości zadania stanął bramkarz elblążan. W 70. minucie dobrą interwencją popisał się jego vis-à-vis, broniąc groźny strzał Kazuyi Watanabe z rzutu wolnego. W 81. minucie kolejny cios dla gospodarzy. Dawid Kędra faulował przed polem karnym Adama Dudy i po tym przewinieniu arbiter odesłał go pod prysznic. Szkoleniowiec Lechii wykorzystał limit zmian, więc między słupkami ukaranego czerwoną kartką bramkarza musiał zastąpić zawodnik z pola. Padło na Wiktora Żytka. Pomocnik nie miał szczęścia. Jego pierwszy kontakt z futbolówką w roli bramkarza nastąpił, gdy musiał on ją wyciągać z siatki. Strzałem życia z rzutu wolnego popisał się Mateusz Gołębiowski. 20-letni pomocnik nie pozostawił żadnych szans swojemu rywalowi.

Załamani „Lechiści” szukali choćby kontaktowego gola. W 88. minucie po zagraniu piłki ręką w polu karnym przez Mateusza Gołebiowskiego sędzia wskazał na jedenasty metr. Do rzutu karnego podszedł Marcin Mirecki, ale jego strzał w kapitalnym stylu wybronił Oskar Pogorzelec. Chwilę później mogło być 0:4, ale Hubert Otręba trafił w słupek. Jedynego gola dla miejscowych w samej końcówce strzelił Krystian Kolasa. Trafienie na otarcie łez i na pożegnanie trenera Grzegorza Dziubka. Po kolejnej wiosennej porażce Zarząd tomaszowskiego klubu postanowił poszukać nowych rozwiązań na ławce trenerskiej. W 24. serii spotkań Lechię poprowadzi nowy szkoleniowiec, Bogdan Jóźwiak. Jego zespół zagra w Łowiczu z tamtejszym Pelikanem. Rozochocona Concordia wraca do Elbląga, by sprawdzić formę rezerw warszawskiej Legii.

Lechia Tomaszów Mazowiecki – Concordia Elbląg 1:3 (0:1)

[0:1] 13′ M. Pelc
[0:2] 47′ A. Duda
[0:3] 82′ M. Gołębiowski
[1:3] 90′ K. Kolasa

Pechowa końcówka

Ursus potrzebuje punktów niczym powietrza. W poprzedniej kolejce rzutem na taśmę wyrwał aleksandrowianom oczko (1:1 – przyp. red.), ale jeśli myśli o spokojnym utrzymaniu, musi zacząć punktować i to za trzy. Ich kolejnym rywalem na rozkładzie jazdy był przeciętny ostatnio Świt, więc w Warszawie zapowiadało się interesujące widowisko, w którym trudno wskazać zdecydowanego faworyta. Od pierwszego gwizdka sędziego aktywniejsi byli gospodarze. Ich akcje były jednak rozbijane przez nowodworską defensywę, bądź powstrzymywane przez Mateusza Prusa. Piłkarze trenera Rafała Kleniewskiego próbowali odpowiadać kontratakami, ale w ich poczynaniach było sporo niedokładności. Ostatecznie, w pierwszych 45. minutach kibice goli nie obserwowali.

Pięć minut po zmianie stron z powietrza huknął Marcin Kozłowski, ale tym razem czujny między słupkami był Artur Haluch. Golkiper „Traktorków” jeszcze kilka razy musiał ratować skórę kolegom, ale wobec mocnego uderzenia pod poprzeczkę Piotra Basiuka w 84. minucie był bezradny. Podbramkowe zamieszanie i gol 21-letniego pomocnika był najważniejszym akcentem spotkania, ponieważ to właśnie one zapewniły gościom komplet oczek. Ursus wciąż nie może się przełamać. Kolejną okazję trener Michał Pulkowski i jego podopieczni będą mieli za tydzień, gdy przyjdzie im zagrać wyjazdowe spotkanie z Motorem Lubawa. Zwycięski Świt przed własną publicznością zmierzy się z Huraganem Wołomin.

Ursus Warszawa – Świt Nowy Dwór Mazowiecki  0:1 (0:0)

[0:1] 84′ P. Basiuk

Ogień

Mecze z Legią dla widzewskich kibiców zawsze są wyjątkowe. Nawet jeśli ich ulubieńcom przychodzi grać z drugim garniturem warszawskiego zespołu. W sobotnie popołudnie atmosfera trybun udzieliła się także podopiecznym trenera Przemysława Cecherza. Stworzyli oni wyjątkowe, ogniste widowisko zawierające w sobie wszystko to, co tygrysy lubią najbardziej. Były piękne gole, emocjonujące akcje, parady bramkarzy, a nawet pokaz… mieszanych sztuk walk w narożniku boiska. Zabrakło tylko czerwonej kartki, choć w opinii wielu tą ukarany powinien zostać Adrian Małachowski za uderzenie Daniela Mąki.

Wisienką na torcie był gol Daniela Mąki z rzutu wolnego. Truskawką rajd Mateusza Michalskiego zakończony rzutem karnym i golem wykonanym przez samego poszkodowanego. Wynik na 3:0 ustalił Piotr Okuniewicz i Widzew nie dość, że zainkasował trzy bezcenne punkty, to jeszcze przeskoczył podopiecznych trenera Krzysztofa Dębka w ligowym zestawieniu. Lepszego prezentu na Wielkanoc widzewiacy sprawić swoim sympatykom nie mogli. Szczegóły meczowe znajdziecie TUTAJ.  Następny mecz Widzew rozegra w sobotę (22 kwietnia). Do Łodzi przyjedzie ŁKS 1926 Łomża. Formę rezerw Legii sprawdzi Concordia Elbląg. „Wojskowych” czeka kolejna delegacja.

Widzew Łódź – Legia II Warszawa 3:0 (1:0)

[1:0] 34′ D. Mąka
[2:0] 76′ M. Michalski (rzut karny)
[3:0] 86′ P. Okuniewicz


 Zadyszka lidera

W tym samym czasie, co Widzew, swój mecz w Łodzi rozgrywał ŁKS. Lider mierzył się z rewelacyjnym na wiosnę MKS-em Ełk. Wysoka dyspozycja zespołu trenera Mirosława Dymka nie jest dziełem przypadku, co potwierdziło się już w 8. minucie. Wtedy też na listę strzelców wpisał się Mateusz Butkiewicz. Zanim piłka wpadła do bramki, odbiła się jeszcze od nogi jednego z gospodarzy, tym samym zmyliła Michała Kołbę, któremu pozostało tylko schylić się i wyciągnąć futbolówkę z siatki. Ekspresowe otwarcie zdenerwowało trenera Marcina Pyrdoła i jego piłkarzy. Za wszelką cenę chcieli szybko odrobić straty. Do przerwy ta sztuka im się jednak nie udała. Po kwadransie przerwy zawodnicy ŁKS-u wrócili na murawę i wciąż mieli jeden cel – wyrównać. Zrealizowali go dopiero w 69. minucie, gdy po błędzie golkipera ełczan piłkę do bramki skierował powracający po kontuzji Jewhen Radionow.

Ukrainiec potwierdził powszechną opinię, że lider bez niego traci co najmniej pięćdziesiąt procent mocy. 1:1 nie wystarczyło gospodarzom, dążyli do zdobycia kolejnego gola. Z kolei goście mądrze się ustawili i oczekiwali na swoje szanse w kontrataku. Cierpliwość się opłaciła, ponieważ w doliczonym czasie gry przeprowadzili zabójczą akcję, którą golem zwieńczył Patryk Malinowski. ŁKS złapał zadyszkę i po remisie w Morągu, tym razem przegrywa przed własną publicznością. Zespół z al. Unii traci trzy punkty i pozycję lidera. Odzyskać ją będzie mógł w następnym meczu, gdy w spotkaniu na szczycie w Nowym Mieście Lubawskim przyjdzie im zagrać z najlepszym obecnie w lidze Finishparkietem. Zespół trenera Mirosława Dymka wraca na Mazury i u siebie powalczy o przedłużenie serii zwycięstw do sześciu. Ich przeciwnikiem będzie solidny Kaczkan Huragan Morąg.

ŁKS Łódź – MKS Ełk 1:2 (0:1)

[0:1] 8′ M. Butkiewicz
[1:1] 69′ J. Radionow
[1:2] 90′ P. Malinowski

Finishparkiet, ŁKS Łódź, Widzew Łódź – tak po 23. kolejce prezentuje się ligowe podium. „Czerwono-biało-czerwonym” do miejsca premiowanego awansem obecnie brakuje siedem oczek. Do rywala zza miedzy punkt mniej. Na dnie tabeli pozostaje Motor Lubawa. Pod „kreską” wciąż znajdują się Huragan Wołomin i Ruch Wysokie Mazowieckie. W klasyfikacji strzeleckiej samodzielnym liderem z szesnastoma trafieniami na koncie przewodzi Jewhen Radionow. Trzy gole mniej ma w swoim dorobku – goniący Ukraińca – Daniel Mąka.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ