UDOSTĘPNIJ
fot. własne

Potyczki Widzewa z Legią przez lata nazywano piłkarskimi perełkami. Emocje sięgały zenitu nawet wtedy, gdy łodzianie walczyli o utrzymanie, a „Wojskowi” celowali w kolejny tytuł mistrzowski. Nic dziwnego, że gdy  przy al. Piłsudskiego zameldował się drugi garnitur warszawskiego zespołu, w Mieście Włókniarzy temperatura tak podskoczyła, że nie wytrzymywały słupki rtęci. 

Pierwotnie mecz 23. kolejki miał zostać rozegrany o symbolicznej dla Widzewa godzinie – 19.10. Ze względu na apel policji spotkanie rozpoczęło się prawie trzy godziny wcześniej. Wszystko przez wydarzenia z drugiej części miasta. Przy al. Unii ŁKS Łódź podejmował MKS Ełk, więc funkcjonariusze, chcąc uniknąć kibicowskich scysji, zalecili, aby oba pojedynki rozpoczęły się o tej samej porze. Komentować zaistniałej sytuacji nie zamierzam, dyplomatycznie tylko stwierdzę, że Zarząd Widzewa zaoszczędził pieniądze, ponieważ nie musiał tego dnia włączać jupiterów.

Zanim wybrzmiał pierwszy gwizdek pana Grzegorza Kujawy,  do głosu doszli sympatycy „Czerwono-Biało-Czerwonych”, którzy szczelnie wypełnili swój nowy dom. Jeszcze przed meczem dali znać piłkarzom Widzewa, że ta rywalizacja jest dla nich priorytetem. W trakcie spotkania zaprezentowali efektowną oprawę oraz ognisty doping – nie milkli nawet przez chwilę. Na dobrą sprawę, atmosfery na trybunach pozazdrościć trzecioligowcowi mogliby gracze wielu klubów rozgrywających swoje mecze w Lotto Ekstraklasie. Imponujący jest nie tylko poziom natężenia decybeli, ale i frekwencja. Spiker podał informację, że potyczkę z Legią II obserwowało 16 800 sympatyków. Przypomnę, to tylko III liga. Ewenement w skali światowej.

Przy al. Piłsudskiego od momentu oddania do użytku nowego obiektu pojawia się wielu VIP-ów: byłych piłkarzy czy artystów. W Wielką Sobotę na stadion przybył m.in. Jacek Magiera. Popularny „Magic” dziś prowadzi pierwszy zespół Legii Warszawa, ale w przeszłości reprezentował „Czerwono-Biało-Czerwone” barwy. Z nim w składzie łodzianie wygrali swój ostatni jak dotąd mecz przeciwko „Wojskowym”. Były to dość zamierzchłe czasy, ponieważ mowa o rundzie wiosennej sezonu 1999/00 (3:2 – przyp. red.), kiedy ekstraklasę nazywano jeszcze 1. ligą. Szkoleniowiec drużyny aspirującej do tytułu Mistrza Polski wybrał się do Łodzi podglądać kandydatów do gry w jego zespole, jednak trudno powiedzieć, by którykolwiek z młodych warszawiaków mógł zwrócić uwagę szkoleniowca.

Zespół trenera Krzysztofa Dębka bezapelacyjnie był słabszy i w pełni zasłużenie przegrał 3:0. Wszystko zaczęło się w 34. minucie, gdy przed polem karnym faulowany był Dawid Kamiński. Futbolówkę ustawił Daniel Mąka i w stylu Roberta Lewandowskiego nie pozostawił złudzeń Dominikowi Kąkolewskiemu. Młody golkiper w pierwszej połowie kilka razy musiał ratować skórę swoim kolegom, ale w tej sytuacji mógł tylko bić brawo najskuteczniejszemu z widzewiaków. Zespół trenera Przemysława Cecherza w pierwszej odsłonie zaprezentował się fantastycznie. Nawet najwięksi krytyce składali dłonie do oklasków.

Z trybun sypały się iskry, z murawy także. Napięcia nie wytrzymywali młodzi Legioniści. Przed przerwą Adrianowi Małachowskiemu murawa pomyliła się z oktagonem i wyskoczył on z rękami do Daniela Mąki. Do walki dołączyli się także inni zawodnicy, a sędzia musiał pogodzić zwaśnione strony indywidualnymi karami. Po stronie gości „żółtko” obejrzał prowodyr Małachowski, zaś u gospodarzy obrońca faulowanego kolegi, Dawid Kamiński. Kibice domagali się, aby arbiter wyciągnął z kieszonki „asa kier” i odesłał rozemocjonowanego zawodnika „Wojskowych” do szatni, jednak ten pozostał niewzruszony. Po tym incydencie zaprosił obie jedenastki na kwadrans odpoczynku.

Wszystkim przydało się te piętnaście minut. Zawodnikom na wyluzowanie, trenerom na przekazanie dyspozycji taktycznych na drugą połowę. Pozostali obserwatorzy spotkania przy al. Piłsudskiego mieli szanse uzupełnić bądź wyrównać płyny w organizmie. W kuluarach słyszało się, że gra łodzian się podoba, że widać progres. Ważną informacją przekazywaną pocztą pantoflową była również ta z al. Unii, gdzie do przerwy ŁKS przegrywał z MKS-em Ełk 0:1. Ta wiadomość dotarła do wszystkich zgromadzonych w czerwonej części Łodzi jeszcze w trakcie trwania meczu, ale być może nie wszyscy ją dosłyszeli, więc była przekazywana z uszu do uszu m.in. w kolejce do toalety.

Kwadrans nie trwa wiecznie, więc pan Grzegorz Kujawa zaprosił zawodników na drugi akt sobotniego spektaklu. Kibice, dziennikarze i goście ponownie zajęli swoje miejsca – kurtyna poszła w górę. Po zmianie stron widzewiacy wcale nie zamierzali odpuszczać. Ukuli rywala jeszcze dwukrotnie. Jeśli gol Daniela Mąki nazwalibyśmy wisienką na torcie, to akcję Mateusza Michalskiego należy określić mianem truskawki. 25-letniemu pomocnikowi w pewnym momencie załączył się tryb „FIFA” na poziomie Legendarny. Zgasił piłkę klatką piersiową przy linii bocznej boiska z prawej strony i rozpoczął swoje show. Mijał rywali jak tyczki, następnie wpadł w pole karne i dał się sfaulować. Sędzia nie miał wyjścia, musiał wskazać na „wapno”. Do piłki podszedł sam poszkodowany i podwyższył prowadzenie. Po tej szarży wszyscy na stadionie łapali się za głowy, zastanawiając się, dlaczego jeszcze nikt ze sztabu medycznego nie wparował na murawę, by wręczyć piłkarzom gości… Aviomarin.

Trener Czesław Michniewicz często powtarza, że wynik 2:0 jest w futbolu najbardziej niebezpieczny, więc w końcówce łodzianie za sprawą trafienia Piotra Okuniewicza trafili po raz trzeci. Rezerwy Legii na kolanach. Widzewscy sympatycy świetną grę swoich ulubieńców nagrodzili gromkim „Kto tak gra, jak my gramy”, część z nich z radości pozbyła się także… koszulek. Mimo chłodu ich serca były rozżarzone. Pokonać odwiecznego rywala jest bezcenne. Nikomu nie przeszkadzało, że to tylko triumf nad jego rezerwami.

Przed meczem otwarcia w rozmowie z Żelisławem Żyżyńskim usłyszałem, że „głód piłki w Łodzi jest ogromny”. Mecz przeciwko Legii II tylko potwierdził te słowa. Zgodnie ze świąteczną tradycją piłkarze również o tym wiedzieli, więc nakarmili swoich sympatyków. Wielkanoc na Widzewie dawno nie była tak radosna. Tym bardziej że w drugiej części miasta ŁKS ostatecznie przegrał z MKS-em Ełk 1:2.

Po meczu powiedzieli:

Piotr Okuniewicz: Pokazaliśmy na tle klasowego rywala naprawdę bardzo dobrą piłkę. Strzeliliśmy trzy bramki i nasza wygrana ani przez moment nie była zagrożona. Uradowani rozpoczynamy święta wielkanocne. Myślę, że sprowadziliśmy Legię na ziemię, zwłaszcza jej trenera. Każdy powinien podchodzić z pokorą do tego, co robi. Legia przez cały mecz nie miała żadnego argumentu, aby wygrać. Odrobiliśmy kolejne trzy punkty i to bardzo cieszy. Mamy kilka dni na odpoczynek z rodziną. Od następnego tygodnia ruszamy z kolejnym mikrocyklem treningowym ukierunkowanym na mecz z ŁKS-em Łomża.

Patryk Wolański: Kolejne czyste konto cieszy. Należą się podziękowania całej drużynie. Niesamowicie pomogli nam także kibice, którzy licznie przybyli na stadion. Bardzo im dziękuję. Kocham ten klub. Nie ma na świecie drugiego takiego miejsca jak Widzew.

Mateusz Michalski: Udało nam się wygrać mecz bez straconego gola i to jest najważniejsze. Przewaga rywali topnieje, więc wciąż musimy robić swoje, ponieważ awans jest w naszym zasięgu. Wielokrotnie mówiłem, że piłka nożna jest nieobliczalna i to się potwierdza. Wychodzimy na każdy mecz z nastawieniem, że jest to ten najważniejszy, ostatni. Jestem przekonany, że w tej rundzie czekają wszystkich olbrzymie emocje.

Daniel Mąka: Dla mnie, warszawiaka utożsamiającego się z Polonią, gol strzelony Legii smakuje wyjątkowo. Oczywiście, musieliśmy studzić emocje, ponieważ przy tak licznej i żywiołowo reagującej publice łatwo jest się podpalić. Wygraliśmy pewnie i to najbardziej cieszy. Za tydzień w sobotę (22 kwietnia) do Łodzi przyjedzie ŁKS Łomża, będziemy walczyć o kolejne trzy punkty.

Zachęcamy także do zapoznania się z materiałem wideo z pomeczowej konferencji prasowej.

Materiał przygotowany we współpracy z serwisem internetowym widzewlodz.pl

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ