UDOSTĘPNIJ
Fot. http://metro.co.uk

Wyobraźcie sobie, że idziecie ze swoją rodziną na mecz ukochanego klubu. Wraz z kilkudziesięcioma tysiącami kibiców macie zamiar obejrzeć ciekawe widowisko w półfinale krajowego pucharu pomiędzy dwoma świetnymi drużynami. Niestety, zamiast wspaniałego spektaklu, trafiacie prosto do piekła. Piekła, w którym Wasi przyjaciele tracą życie. Przygnieceni do metalowych krat oddzielających płytę boiska od trybun najpierw ze łzami w oczach walczą o każdy chełst powietrza, później tracą przytomność, a następnie życie. Najmłodsi, najsłabsi kibice giną pod naporem setek ludzi nie mieszczących się w sektorze. Brzmi jak scena ze słabego horroru? Niestety, równe 28 lat temu ta tragedia wydarzyła się naprawdę.

Puchar Anglii to najstarsze i po dziś dzień jedne z najbardziej prestiżowych rozgrywek na świecie. 15 kwietnia 1989 roku los starł ze sobą drużyny Liverpoolu FC i Nottingham Forrest. Już na wstępie należy dodać, że w tamtym czasie były to zupełnie inne drużyny niż teraz. The Reds byli czołową drużyną Europy, natomiast ich przeciwnicy w sezonie 1988/1999 zakończyli ligowe rozgrywki na trzeciej lokacie. Mecz ten odbyć się miał na stadionie Hillsborough – jednym z najlepszych ówcześnie stadionów w całej Anglii, mogącym pomieścić ok. 54 tysięcy kibiców. Wszystko wskazywało więc na to, że spotkanie to będzie jednym z najciekawszych w sezonie i że będzie się je wspominać miesiącami. Okazało się, że angielscy kibice wspominają je po dziś dzień, niestety jednak nie ze względu na poziom sportowy, a tragedię, w której zginęło 96 fanów Liverpoolu.

Tragedia na Hillsborough

Już pół godziny przed rozpoczęciem spotkania, środkowa część jednej z trybun była pełna. Ponadto, przed wejściem na stadion utworzył się groźny tłok. Duży ruch uliczny sprawił, iż wiele autokarów z kibicami dotarło pod stadion na ostatnią chwilę. Niestety, policja odpowiadająca tamtego dnia za bezpieczeństwo i organizację, nie była przygotowana na taki obrót wydarzeń. Sprawujący nadzór, inspektor David Duckenfield, osiem minut przed pierwszym gwizdkiem podjął decyzję, która rozpoczęła tragedię. Widząc tysiące kibiców przed stadionem, w celu zmniejszenia tłumu, otworzył dla nich bramki wyjściowe prowadzące wprost do powoli przepełniającej się trybuny. Spowodowało to dwie fatalne w skutkach rzeczy – po pierwsze, na jej środku nie było już miejsca i ludzie zaczęli się wzajemnie dusić i tratować, a po drugie, nie istniała żadna droga ucieczki. Rozpoczął się horror.

„Ruszyłem tunelem (…). Poczułem jak tłum napiera mi na plecy. Poniósł mnie na ostatnich metrach przejścia. Nie pamiętam, żebym wcześniej lub później przeżył coś takiego. (…) Chciałem zawrócić, ale nie dało się iść pod prąd tunelem. Byłem bezradny. Poczułem pierwszy powiew grozy.” – Po latach wyznał Neil Fritzmaurice, kibic Liverpoolu będący wtedy w feralnym miejscu.

„Nie wpadłem innym pod nogi, bo nie było na to miejsca. Tam, gdzie robiło się luźniej, człowiek spadał i było po nim. Nacisk był tak wielki, że wypychał powietrze z płuc. (…) Wiedziałem, że długo nie pociągnę” – dodawał.

Warto zauważyć, że duszący się kibice błagali policję i ochronę, aby ci otworzyli bramki oddzielające boisko od trybuny, jednak nie zostali wysłuchani. Ludzie napierali na siebie z coraz większą siłą i robili wszystko, aby zdobyć powietrze na kolejny oddech. 96 osobom, niestety się nie udało. O tym, jak dramatyczne chwile przeżył każdy będący na trybunie niech świadczą kolejne słowa Fritzmaurice’a:

„Z sąsiadami podnieśliśmy leżącego mężczyznę i przenieśliśmy go jak najdalej, starając się nie myśleć, po czym stąpamy. Dotarliśmy do płotu, przez który uciekali inni kibice. Unieśliśmy biedaka wysoko (…). Gdy go przerzucaliśmy, prawdopodobnie już nie żył. Spadł jak kamień. Widząc jak uderza o ziemię, zrozumiałem, że to już koniec. Nie jestem religijny, ale obiecałem Bogu, że jeśli mnie ocali, zrobię co zechce.”

Mecz został przerwany po sześciu minutach. Następnie zaczęła się wielka akcja ratunkowa, kibice starali się zrobić wszystko, aby rozmiar tragedii był jak najmniejszy. Używali swoich kurtek, bluz i band reklamowych, z których robili prowizoryczne nosze i na nich przenosili poszkodowanych, często także martwych ludzi. W tym momencie jak nigdy ważne były słowa hymnu drużyny The Reds: „You’ll never walk alone”. Szybko w pobliżu znalazły się także 42 karetki, jednak po raz kolejny swoją niekompetencję wykazała policja. Katastrofę określono jako „szalejący tłum” i nie wpuszczono ambulansów na płytę boiska, co znacznie utrudniło pomoc.

Pełna lista 96 ofiar tragedii.

Kolejne dni były przygnębiające dla każdej osoby związanej w jakikolwiek sposób z drużyną The Reds. Rodziny były wzywane na identyfikację ofiar, odbywały się pogrzeby. Kenny Dalglish, ówczesny trener drużyny przyznał, że czuł wewnętrzną potrzebę, aby w każdym z pochówków uczestniczył ktoś z klubu i tak też się stało. Ponadto, zawodnicy Liverpoolu odwiedzali szpitale, w których leżeli ranni, za co również należy im się ogromny szacunek. Pomocnik, John Aldridge, tak mówił o wizycie w jednej z placówek:

„Leżał tam chłopak. Poproszono, abym szepnął do niego na ucho kilka słów. Podszedłem, powiedziałem, że mówi John Aldridge, że gdy się obudzi i znów przyjedzie na Anfield, dostanie koszulkę, uczcimy jego obecność i będzie to wspaniały dzień. Powtórzyłem to jego rodzinie. Potem spytałem lekarza, kiedy spodziewa się, że chłopiec wyjdzie ze śpiączki. Odrzekł, że po południu odłączą aparaturę utrzymującą go przy życiu. Byłem zdruzgotany. Serce mi pękało.”

Wydawało się, że w obliczu tak wielkiej tragedii, cała Anglia zjednoczy się z drużyną The Reds. Rzeczywistość okazała się jednak inna.

„The Truth”

Prawdopodobnie część osób interesujących się angielską piłką lub będąca kiedykolwiek na Wyspach Brytyjskich kojarzy dziennik „The Sun”. Tuż po tragedii w artykule pod nazwą „The Truth” („Prawda”), oskarżyli oni kibiców Liverpoolu o to, że podczas tragedii przeszkadzali organizatorom, okradali zmarłych, bili policjantów reanimujących rannych czy oddawali mocz na ochronę. Żadne z tych zdań nie było prawdą, a brukowiec szukał jedynie taniej sensacji żerując na ogromnej ludzkiej tragedii. Z tego względu dla każdego fana Liverpoolu tabloid ten już nie istnieje. W liczącym prawie półtora miliona mieszkańców hrabstwie Merseyside, nakład sprzedaje się w jedynie kilku tysiącach egzemplarzy. W 2012 roku próbowali oni ocieplić swój wizerunek artykułem „The REAL truth” („prawdziwa prawda”), pisząc między innymi, że dzień publikacji wcześniejszego artykułu był najczarniejszym dniem w historii The Sun. Oczywiście nie zrobiło to wrażenia na fanach The Reds, którzy zgodnie twierdzą, że przeprosiny przyszły o jakieś 20 lat za późno.

At the end of the storm, there’s a golden sky

Są to słowa hymnu Liverpoolu, które w wolnym tłumaczeniu mówią, że na końcu każdej burzy pojawia się piękne niebo. Nie inaczej było w tym przypadku. Społeczeństwo Liverpoolu zjednoczyło się. Stadion klubowy został otwarty tak, aby każdy mógł złożyć hołd tym, którzy zmarli kibicując ukochanej drużynie. Cała murawa zapełniona była kwiatami, podobnie trybuna The Kop. W pomoc zaangażowały się także rodziny piłkarzy i trenerów. Żony otworzyły w jednym z klubowych budynków miejsce, w którym rodziny zmarłych mogły przyjść, napić się herbaty i porozmawiać. Osoby, które straciły bliskich przyznawały później, że ta inicjatywa i możliwość rozmowy bardzo im pomogła.

Co więcej – po tragedii powstał Raport Taylora. Dokument, który znacznie poprawił bezpieczeństwo na trybunach stadionów. Zawierał on między innymi punkty mówiące o tym, że na wszystkich obiektach z najwyższej klasy rozgrywkowej znajdować mogą się jedynie miejsca siedzące, czy regulował sprzedaż alkoholu. Koszty przebudowy stadionów oszacowano na 700-800 milionów funtów, jednak z perspektywy czasu wydaje się, że była to niezbędna inwestycja.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ