UDOSTĘPNIJ
Tak wyglądała murawa w Lyonie na kilka minut przed planowanym rozpoczęciem spotkania. (Fot.: twitter.com/Polsport)

40 minut – tyle musieliśmy czekać, zanim piłkarze obu drużyn wyszli na boisko. Wszystko przez kibiców tureckiego zespołu, którzy rzucając przedmiotami w sympatyków gospodarzy zmusili ich do ucieczki na boisko. Na szczęście zwycięzcą na końcu okazał się futbol i mecz został rozegrany. No, a poza futbolem, wygrał też Lyon.

Zacznę niestety od czegoś, co nie powinno mieć miejsca. Zezwierzęcenie tureckich kibiców dało o sobie znać w ten czwartkowy wieczór, który miał być świętem piłki. Niestety, okazał się kolejną porażką. Oczywiście, nie da się sprawdzić wszystkich wchodzących na mecz i to zrozumiałe. Ale jak wielkim idiotą trzeba być, by rzucać petardami i racami w kibiców innego klubu? Nie dość, że Besiktas ma zapewnione kary za zachowanie pseudokibiców, to spotkanie mogło zostać odwołane, a przy innej ocenie delegata UEFA nawet zakończone walkowerem. Szkoda gadać, naprawdę. Takie sytuacje odbierają chęć do działania, nad tym nie można się rozpisywać, to trzeba po prostu tępić.

Ser francuski

Hapoel Beer Sheva i Olympiakos Pireus na papierze powinni być łatwiejszymi do pokonania rywalami niż AZ Alkmaar i AS Roma. Mimo wszystko zarówno Turcy, jak i Olympique poradzili sobie ze swoimi poprzednimi przeciwnikami podobnie, bez większych problemów. Choć zawodnicy ze Stambułu nie przegrali meczu o stawkę od 11 lutego, to brak Ricardo Quaresmy i Vincenta Aboubakara mógł przeszkodzić im w podtrzymaniu dobrej passy na trudnym terenie. Z drugiej strony, Lyon nie radzi sobie w lidze tak dobrze, jak ich ćwierćfinałowi rywale – ostatnia porażka 1:4 u siebie z będącym w strefie spadkowej Lorient pokazuje tylko brak formy Olimpijczyków. To jednak jeszcze nie oznaczało, że dadzą za wygraną.

Ryan Babel po raz kolejny pokazał, że mimo tułaczki po różnych częściach piłkarskiego świata nadal pokazuje klasę. Dzięki jego bramce Besiktas prowadził przez blisko 70 minut. (Fot.: uefa.com)

Od pierwszych minut obserwowaliśmy jednak pokaz nieudolnej gry obronnej w wykonaniu gospodarzy. Największe pole do popisu w polu karnym strzeżonym przez Anthony’ego Lopesa miał Marcelo. Były gracz Wisły Kraków kilkukrotnie urywał się obrońcom, czasem nawet był zostawiony sam w „szesnastce”. Przy każdym stałym fragmencie gry w pierwszej połowie miał szansę na trafienie do siatki. No, oprócz jednego, ale wtedy po szybkim rozegraniu niepilnowany Ryan Babel zdobył bramkę. Problemy z kryciem pojawiały się naprawdę co chwilę. Wprawdzie na Bastię może to wystarczyć, ale do meczu rewanżowego i spotkania z AS Monaco podopieczni Bruno Genesio muszą jeszcze popracować.

Napięcie przeszło na boisko

Ten mecz był niemiły dla oka, szczególnie pod względem przewinień. To zdecydowanie najostrzejsze czwartkowe spotkanie LE, co zresztą widać w statystykach. Prawie tyle samo co fauli było spalonych. Dwukrotnie uchroniły one od karnego gości, a raz gospodarzy. O ile ten odgwizdany przy akcji Besiktasu (trzeba tu wspomnieć o fatalnym błędzie Lopesa, który mógł skończyć się bramką) był oczywisty, to już przy dwukrotnym spaleniu Alexandre Lacazette’a rzecz rozchodziła się o centymetry. Nic dziwnego, że piłkarze Olympique przez resztę spotkania byli niesamowicie nerwowi. Sędzia Antonio Lahoz był jednak bezbłędny i nie dał się nabrać Nabilowi Fekirowi na chamską symulację w polu karnym. Chapeau bas.

Jeremy Morel wraz z kolegami cieszy się ze zdobycia bramki dającej drużynie z Lyonu prowadzenie. Jeszcze dwie minuty wcześniej przegrywali. (Fot.: kicker.de)

Pora też poświęcić kilka słów grze obronnej Czarnych Orłów. Nie była ona idealna, ale śmiem powiedzieć, że wystarczająco dobra. Wprawdzie Marcelo zdarzyło się popełnić błąd dający jedną setkę, Mitroviciowi drugą, a pewnie jeszcze ktoś ledwo się uratował przed katastrofalną stratą piłki. Ale formacja obronna Besiktasu jako całość funkcjonowała wyjątkowo dobrze patrząc na napór na bramkę, jaki prezentowali Olympiens. Gdy nie dawała rady obrona, znakomicie prezentował się Fabricio. To wszystko trwało jednak do 83. minuty. Najpierw po rzucie wolnym piłka odbita od zawodników Besiktasu dotarła do Corentina Tolisso, który wpakował ją do siatki, a dwie minuty później Fabri postanowił pokazać swój hiszpański temperament i bawić się futbolówką we własnym polu bramkowym… Dzięki niemu (i Jeremy’emu Morelowi) było 2:1. Tak oto rozpadła się cała ciężko wypracowana przewaga zespołu Senola Gunesa.

Ciężki dzień w Owernii

Po raz kolejny spotkanie Ligi Europy dla przeciwników Olympique można określić powiedzeniem „miłe złego początki”. W dwie minuty Besiktas posypał się jak domek z kart. Szaleńcza obrona i liczenie na cud się nie opłaciły. Wygrana jak najbardziej zasłużona. Szkoda tylko kibiców, którzy w zagrożeniu najpierw musieli czekać kilkadziesiąt minut na mecz, a podczas jego rozgrywania znowu nie mogli czuć się bezpiecznie. Pod koniec potyczki z trybun znów dochodziły odgłosy wybuchów. Na szczęście piłka nożna po raz kolejny pokazała, że wygra z przeciwnościami losu, które gotują jej właśni “miłośnicy”…

Olympique Lyon – Besiktas JK 2:1 (0:1)

Bramki: Tolisso ‘83, Morel ‘85 – Babel ‘15

Żółte kartki: Rafael ‘20, Lacazette ‘58, Fekir ‘67, Jallet ‘74, Valbuena ‘80 – Marcelo ‘21, Arslan ‘83

Składy:

Olympique: Lopes – Morel, Diakhaby, Mammana, Rafael (‘53 Jallet) – Tolisso, Tousart – Valbuena, Fekir, Ghezzal (‘52 Cornet) – Lacazette

Besiktas: Fabri – Tosić, Marcelo, Mitrović (‘64 Uysal), Gonul – Hutchinson, Ozyakup (‘74 Arslan) – Adriano, Talisca, Babel – Tosun (‘87 Inler)

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ