UDOSTĘPNIJ
Liga Mistrzów PSG Arsenal
fot. http://bleacherreport.com

Benjamin Franklin mawiał, że pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki. Jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych nie mógł jednak przewidzieć trwającej od kilku lat dominacji piłkarzy Paris Saint-Germain w krajowych rozgrywkach we Francji. Dzisiaj, chociaż wielu przed meczem nie dawało im szans, do gabloty klubu z Parku Książąt powędrowało kolejne trofeum: Puchar Ligi Francuskiej.

Przyznam się, że przed meczem więcej szans na wygraną w dzisiejszym finale dawałem Monaco. Piłkarze Leonardo Jardima są w końcu liderami Ligue 1 (trzy punkty więcej od dotychczasowego hegemona z Paryża), cieszą się mianem najskuteczniejszej ekipy spośród wszystkich grających w pięciu najsilniejszych ligach Europy oraz – przede wszystkim – potrafili awansować do najlepszej ósemki w Lidze Mistrzów. Jako, że leżącego się nie kopie, łaskawie nie będę wracał do „wyczynu”, jaki stał się udziałem zespołu PSG w tych ostatnich rozgrywkach. Po raz kolejny okazało się jednak, że paryżanie na arenie międzynarodowej, a paryżanie na francuskim podwórku to dwie zupełnie inne ekipy.

Już początek meczu rozgrywanego na lyońskim Parc OL wskazywać mógł na dominację zawodników trenera Unaia Emery’ego. Walczący o czwarty z rzędu triumf w Coupe de la Ligue piłkarze od początku zepchnęli bowiem monakijczyków do obrony. Efekt? Prowadzenie już po czwartej minucie meczu! Powtórki telewizyjne pokazały jednak, że bramka Juliana Draxlera nie powinna zostać uznana – Niemiec znajdował się bowiem na minimalnym spalonym w momencie podania od Angela di Marii. Błąd sędziego Francka Schneidera wyzwolił jednak w graczach Jardima pewne rezerwy. Ruszyli oni do przodu, chociaż gra defensywna paryżan stała na naprawdę wysokim poziomie. Kilian Mbappe był niemal odcięty od podań, a życie utrudniali mu przede wszystkim Thiago Silva oraz świetny zarówno w destrukcji, jak i ofensywie Marco Verratti.

Od czego jednak w ASM mają Bernardo Silvę. Patrząc na niektóre zagrania ofensywnego pomocnika, aż trudno uwierzyć, iż Jardim ściągał go do zespołu z … rezerw Benfiki. Dzisiaj to on był głównym architektem wyrównującego gola, gdy kapitalnym podaniem uruchomił Sidibe. Prawy obrońca odegrał natychmiast do Thomasa Lemara, a ten pięknym, mierzonym strzałem zmieścił piłkę w bramce. Kevin Trapp nie miał tu wiele do powiedzenia, a na tablicy wyników znowu widniał remis. Gra się wyrównała, ale nadal aktywniejsi byli wciąż panujący mistrzowie Francji. Dwukrotnie w fenomenalny wręcz sposób strzały Edinsona Cavaniego bronił Subasić, ale co się odwlecze… W ostatniej minucie pierwszej połowy chorwacki bramkarz w końcu skapitulował. Cavani wystąpił w tej akcji w roli rozgrywającego, pociągając piłkę jeszcze ze swojej połowy. Następnie poszło jak po sznurku: Aurier – Draxler (rywale wskazywali na zagranie Niemca ręką przy przyjęciu niedokładnie zagranej do niego piłiki) – di Maria oraz strzał tego ostatniego. Efektem bramka do szatni i prowadzenie po 45-ciu minutach.

Wszyscy, którzy liczyli na kolejną szaleńczą pogoń Monaco za wynikiem w drugiej połowie, musieli  się srogo rozczarować. Gracze Jardima rozpoczęli co prawda od ataków, jednak były one na tyle niemrawe, że szybko na wrzucenie wyższego biegu zdecydowali się paryżanie. A konkretnie fenomenalny dzisiaj Verratti. Włoch otrzymał podanie na prawej stronie pola karnego przeciwników, świetnie przyjął futbolówkę, a następnie zagrał fałszem do Cavaniego. Urugwajczykowi pozostało tylko trafić do siatki. Uczynił to zresztą w ładnym stylu, strzałem z półwoleja. Dalsza część meczu pokazywała głównie rosnące niezadowolenie w szeregach przegrywających, a także brak wiary w powodzenie misji odrabiania strat. Niezłą okazję miał Benjamin Mendy, jednak lewy obrońca wolał uderzyć piłkę w trybuny, niż szukać dużo lepiej ustawionego Mbappe. Mniej egoistycznie grali paryżanie, lecz oni – a zwłaszcza Cavani (co za niespodzianka!) mieli problemy ze skutecznością. Danijel Subasić musiał kilkukrotnie pokazywać swój kunszt, jednak w końcu i on skapitulował. W doliczonym czasie gry di Maria uciekł Dirarowi, wyłożył piłkę Cavaniemu, a ten pokazał dlaczego jest liderem klasyfikacji strzelców ligi francuskiej.

Końcowy wynik (4:1) jest może nieco mylący, przewaga paryżan nie była bowiem aż tak wyraźna. Nie da się jednak zaprzeczyć temu, że wygrała drużyna lepsza, a przede wszystkim – bardziej rutynowana i mająca większe doświadczenie w tego typu bojach. Kamilowi Glikowi (dzisiaj dosyć przeciętny występ, przy dwóch z bramek mógł zachować się lepiej) i jego kolegom pozostaje wciąż walka o triumf w Ligue 1, Pucharze Francji, a także, przede wszystkim, w Lidze Mistrzów. Unai Emery może się natomiast cieszyć, że piłkarze, dzięki dzisiejszemu zwycięstwu, chociaż na chwilę odsunęli na bok pojawiające się niemal codziennie spekulacje o zwolnieniu hiszpańskiego trenera…

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ