UDOSTĘPNIJ
Źródło: Mirror

Ostatnio w Premier League akcentów religijnych jest więcej niż w wieczornych wiadomościach telewizji publicznej. W Arsenalu Mohamed Elneny radzi sobie coraz lepiej, a ostatnio zdobył honorową bramkę dla Egiptu w przegranym finale Pucharu Narodów Afryki. W Chelsea występuje Victor Moses i grając na wahadle – pozycji wprowadzonej w taktykę Londyńskiej drużyny przez Antonio Conte – wydatnie przyczynia się do pierwszego miejsca w tabeli. Jednak jaśniej niż Gwiazda Betlejemska zabłysła niedawno gwiazda Gabriela Jesusa.

Zródło: Fansfoot

Swoją drogą, wśród przedstawicieli największych religii brakuje tylko Buddy i Mistrza Yody. Dziwi tylko fakt, że kult N’Golo Kante nie dołączył jeszcze do tego dżihadu, ponieważ Francuz odkąd pojawił się w Anglii, ma mistrzostwo na wyłączność.  Jest nawet wyznawca Latającego Potwora Spagetti…

Źródło: Trollfootball

Gwiazdka na Etihad

Transfer Gabriela Jesusa za 27 milionów funtów został zatwierdzony już na początku sezonu. Rozpatrywanie tego ruchu w kategoriach wzmocnienia składu City już w tym sezonie wydawało się nierealne. Nawet Pep Guardiola stwierdził, że zapłacenie takiej kwoty za młodą gwiazdę brazylijskiego Palmeiras to trochę jak zakup kota w worku. Jesus miał być jednym z masowo ściąganych do Manchesteru młodych, perspektywicznych piłkarzy z myślą o przyszłości. Statystyki w Brazylii miał niezłe jak na swój wiek – w 27 meczach w zeszłym sezonie zdobył 12 bramek i zanotował 5 asyst.

Co ciekawe po ogłoszeniu transferu ewidentnie się zablokował. Od 15 września do końca swojego pobytu w kraju Kwitnącej Kawy, zdobył zaledwie jedną bramkę, notując serię 6 meczów bez bramki. Nic dziwnego, że kibice City nie spodziewali się, że z miejsca posadzi na ławce Sergio Aguero. 20-latek miał na początku rywalizować o pozycję drugiego napastnika z Kelechim Iheanacho. Dodatkowo komplikować sprawę mógł fakt, że Guardiola nie zawsze decyduje się skorzystać z napastnika przy ustalaniu składu. Niewiadomym było jak religijny Brazylijczyk zaadoptuje się w nowym kraju, przenosząc się z technicznej ligi południowo-amerykańskiej do bardzo fizycznej i wymagającej Premier League.

Gabriel Jesus miał ogromne szczęście, przychodząc w momencie największego od lat kryzysu w City. Zespół zajmował w tabeli 5. lokatę, grał kiepsko i nie mógł sobie poradzić nawet z ligowymi średniakami. W mediach mówiło się nawet o opcji zwolnienia Hiszpańskiego szkoleniowca, który pod coraz większą presją, z którą nigdy nie miał aż takiej styczności, zaczął pękać na konferencjach. W kiepskiej formie po kontuzji był Sergio Aguero.

Te wszystkie czynniki oraz niewątpliwie wysoka dyspozycja na treningach, sprawiły że Guardiola zdecydował się na desperacki krok: desygnowanie do pierwszego składu swojego nowego napastnika. Jesus dostał pierwszą szansę z Crystal Palace w pucharze i chociaż bramki ani asysty nie zanotował, obecność przy trzybramkowym zwycięstwie została potraktowana na plus. Prawdziwy popis dał dopiero w meczach ligowych. Jadąc do Londynu na mecz ze spisującym się ostatnio coraz lepiej West Hamem, City nie mogło liczyć na łatwą przeprawę. Brazylijski napastnik postanowił jednak swój pierwszy ligowy mecz w wyjściowym składzie ukoronować trzykrotnym wpisaniem się do raportu meczowego. Już w pierwszej połowie zaliczył asystę, zobaczył żółtą kartkę i strzelił bramkę. Na tytuł MVP nie musiał długo czekać. W kolejnym ligowym starciu, ze Swansea najpierw strzelił na 1-0, potem w doliczonym czasie meczu ustalił wynik na 2-1. Czekamy na czerwoną kartkę, Panie Jesu!

Forma Brazylijczyka na starcie jest spektakularna. Ma dużo łatwiej, ponieważ żaden z obrońców nie zna jego stylu gry. To wkrótce się zmieni. Najbliżsi rywale, AFC Bornemouth już z pewnością dokładnie analizują boiskowe zachowania napastnika. Ostatni mecz sprawił, że będzie coraz dokładniej pilnowany i coraz ostrzej traktowany na boiskach Premier League. Jeśli jeden obrońca nie wystarczy do upilnowania go, w kolejnym meczu dojdzie kolejny. Wtedy dopiero okaże się jak dobrym piłkarzem jest Gabriel Jesus. Na szczęście dla City, jeśli zawodnik w końcu zwolni, w zapasie jest paru niezłych snajperów.

Co na to Sergio Aguero

Podczas gdy do Manchesteru bieżą pasterze, żeby zająć puste miejsca na Etihad Stadium, jeden z najlepszych napastników na świecie od trzech meczy grzeje ławę. Oto jego reakcja na pierwszą bramkę swojego następcy:

Widząc na żywo młodego Brazylijczyka, zastępującego go w wyjściowym składzie, Aguero zachował się mało dyplomatycznie. Na szczęście jego pomeczowe wypowiedzi są znacznie bardziej przemyślane. Argentyńczyk doskonale zdaje sobie sprawę, że nie jest w dobrej formie. Zapewnia jednak, że nie składa broni i zamierza walczyć o pierwszy skład. To właściwe podejście w czasach, gdy wielu znanych piłkarzy po odstawieniu na ławkę płacze w wywiadach i na dywanikach dyrektorów.

Argentyńczyk musi po prostu czekać na swoją szansę, a kiedy ją dostanie, zagrać na pełnych obrotach. Nikt w City nie wątpi na pewno w jego klasę. Fakt, że Guardiola zdecydował się w trudnej sytuacji zaufać przebojowemu 20-latkowi dowodzi tylko jego umiejętności oceny i instynktu szkoleniowego. Obywatele mają do rozegrania jeszcze 14 ligowych meczów, do tego zapewne kilka w Lidze Mistrzów i Pucharze Anglii. W tych wymagających bataliach trzeba korzystać ze wszystkich dostępnych zawodników.

Bogactwo w ataku nie zapewni Manchesterowi City pewnego miejsca w Lidze Mistrzów w przyszłym sezonie. Nie jest sztuką zdobywanie wielu bramek, jeśli równie wiele się ich traci. Problemem jest przede wszystkim obrona, a skoro nikt do tej formacji nie został w zimie ściągnięty, Guardiola musi w końcu poukładać tyły, albo wyznaczyć komuś ze środka pola dodatkowe obowiązki, bo mecz ze kiepskim w tym sezonie Swansea wygrany został o włos. Innego wieczora, bez szczęścia debiutanta, mogliby równie dobrze stracić trzy punkty.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ