UDOSTĘPNIJ
Juan Cuadrado (fot. Sky Sports)

Co może smakować lepiej niż wygrana z odwiecznym rywalem w najbardziej prestiżowym ligowym meczu? Taka wygrana połączona z zakończeniem passy zwycięstw przeciwnika oraz odskoczenie grupie pościgowej w tabeli. Panie i panowie – derby Italii dla miłościwie panującego w Serie A Juventusu!

Nic to, że Inter po zwolnieniu Franka de Boera i zatrudnieniu Stefano Piolego odzyskał godność przypomniał swoim kibicom, że ma w drużynie graczy umiejących grać w piłkę. Nic to, że po serii sześciu zwycięstw szybko doszlusował do ligowej czołówki. Nic to, że nawet będąc pogrążonym w jesiennym kryzysie „nerro-azzuri” potrafili ograć mistrzów Włoch na swoim stadionie. Gospodarze wyszli dzisiaj na murawę Juventus Stadium z jednym celem – dopisać do swojego konta punktowego kolejne trzy „oczka”. Od początku gracze Allegriego pokazali, że nie chcą bawić się w półśrodki. W końcu statystycznie najskuteczniejsi w tym sezonie są w ciągu pierwszego kwadransa gry. Tym razem jednak nie udało im się szybko pokonać Samira Handanovicia. Słoweniec wyczyniał w bramce gości prawdziwe cuda, dodatkowo argentyński duet Dybala-Higuain, delikatnie mówiąc, nie grzeszył skutecznością. Zapowiadała się więc trudna przeprawa „bianconerich”…

A Inter? Inter wcale nie schował się za podwójną gardą. Po początkowym oszołomieniu to goście wręcz zaczęli prowadzić grę. Najlepszą okazję zmarnował Joao Mario, któremu po uderzeniu z 18-tu metrów zabrakło do szczęścia dosłownie centymetrów. Gracze z Mediolanu grali bez kompleksów wobec bardziej utytułowanego przeciwnika, a w środku pola niczym pitbull o każdą piłkę walczył pozyskany niedawno z Atalanty Gagliardini. Kiedy jemu, bądź któremuś z obrońców (bardzo dobry mecz zwłaszcza nieustępliwego Medela) zdarzało się przysnąć, na posterunku zawsze znajdował się Handanović, odbijając kolejne strzały gospodarzy. No, może prawie zawsze… Przy pocisku, jaki wypuścił na jego bramkę na minutę przed końcem pierwszej części Juan Cuadrado, nawet gość o takim refleksie jak bramkarz Interu niewiele mógł zrobić. Do przerwy triumfowała więc rutyna Juventusu.

Wydawało się więc, że Inter na drugą połowę ruszy z huraganowymi atakami i raz po razie jego piłkarze będą niepokoić Gianluigiego Buffona. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Kolejne genialne spotkanie rozgrywał duet Chiellini-Bonucci, który ani myślał dopuszczać gości do jakichkolwiek szans bramkowych. A gdy już któremuś z podopiecznych Piolego udało się urwać, partaczył sytuację w sposób koncertowy, jak choćby Mauro Icardi. Kapitan i największa gwiazda Interu zagrał chyba najsłabszy mecz w sezonie, w drugiej części gry przechodząc wręcz obok meczu, za wyjątkiem jednej dogodnej okazji, kiedy zamiast podać do Kondogbi, wolał kopnąć piłkę na wysokość 9-ego piętra turyńskiego stadionu. Znacznie groźniejsi byli więc kontrolujący grę gospodarze, chociaż albo brakowało im szczęścia w polu karnym mediolańczyków, albo fenomenalnie bronił ich strzały Handanović. Trzeba przyznać jednak, że trudno odrobić stratę, grając z przeciwnikiem tej klasy, co Juve w sytuacji, gdy twoim najlepszym zawodnikiem jest bramkarz. Słoweniec próbował nawet udzielać się w ofensywie, desperacko biegnąc pod bramkę Buffona przy rozegraniu ostatniego w meczu rzutu rożnego. Efektów z tego jednak nie było. Bezpłciowy w drugiej połowie Inter wróci do domu na tarczy.

A kibice gospodarzy mają co świętować. Sześć „oczek” przewagi nad grupą pościgową dowodzoną przez Napoli, a do tego zaległy mecz z okopanym w strefie spadkowej Crotone – wyjątkowo realna perspektywa dziewięciu punktów więcej od głównego rywala do szóstego z rzędu scudetto. Inter momentami pokazał dzisiaj jednak, że nie taka Stara Dama straszna jak ją malują. Mimo tego rezultatu spotkania nie można skwitować inaczej niż wyświechtanym frazesem: wygrał lepszy.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ