W poszukiwaniu szybkiego „Mokebe”

W poszukiwaniu szybkiego „Mokebe”

Kiedy Daniel Chima Chukwu podpisywał przedwczoraj kontrakt z warszawską Legią, wielu gorączkowo przypominało sobie dwumecz z Molde FK. Trzy i pół roku temu to właśnie on otworzył wynik pierwszego spotkania eliminacji Ligi Mistrzów. Ostatecznie po wyrównaniu Dwaliszwilego, niczym totolotek a na nim kupon ze skreśloną szóstką, Legia była bliżej awansu, ale to Nigeryjczyk zapisał się w pamięci skautów Legii. Ciekawe, czy Daniel dorówna innym czarnoskórym napastnikom, którzy przed nim grali przy Łazienkowskiej.

Kenneth Zeigbo

Nigeryjczyk trafił do Polski przypadkiem w roku 1997. Polonia Warszawa poszukiwała napastnika i wysłała jednego ze swoich skautów do Afryki. Miał on obserwować innego zawodnika, ale to Kenneth zrobił największe wrażenie. Przyjechał do stolicy, przeszedł testy, ale Polonia nie chciała zaryzykować 280 tysięcy dolarów na transfer. Już miał wracać do Nigerii, kiedy odezwał się rywal zza miedzy – Legia. Jak wspominał po latach, wystarczyło pięć minut gierki między juniorami a pierwszym zespołem, by przekonać trenera Mirosława Jabłońskiego.

Kilka miesięcy później Legia grała mecz o  Superpuchar z łódzkim Widzewem. Gdy Legioniści przegrywali 0:1, do kibiców podszedł Zeigbo i zaczął ich uspokajać. Warszawscy fani usłyszeli słowa „spoko, spoko” i taki też dostał pseudonim. Stronił od imprez, jeździł polonezem, pensję wydawał na walkmana i kasety z muzyką gospel. W stołecznej drużynie rozegrał w sumie 20 meczów. W pierwszych dziesięciu strzelił pięć bramek, potem już żadnej. Nie przeszkodziło to jednak w transferze do AC Venezia za astronomiczną wówczas kwotę 1,8 miliona dolarów.

Moussa Yahaya

Pochodzący z Nigru piłkarz trafił do Legii na początku sezonu 2001/02. Ściągnięty z GKS-u Katowice napastnik otrzymał duży kredyt zaufania. Zagrał między innymi od pierwszej minuty z Barceloną na Camp Nou. Niestety strzelecka forma wystarczyła tylko na wrześniowe mecze ze Śląskiem Wrocław i Amicą Wronki. Niedługo później ujawniły się inne jego talenty. Nie zdążył jeszcze dobrze poznać stolicy, a już balował w Krakowie. W listopadzie 2001 roku kompletnie pijany wpadł na radiowóz, po czym został odwieziony do izby wytrzeźwień. Oprócz stwierdzonych 2,5 promila alkoholu w wydychanym powietrzu policjanci znaleźli przy nim woreczki z sypką substancją.

Mimo to Yahaya nie został zupełnie skreślony przez trenera Legii Dragomira Okukę. Dostawał jednak coraz mniej minut, potem grał tylko w Pucharze Polski i Pucharze Ligi. Więcej czasu spędzał za to w izbie wytrzeźwień na ulicy Kolskiej w Warszawie. Nie sprawiał tam kłopotów – pewnie dlatego, że miał problemy z utrzymaniem się na nogach. Potem poszedł na wypożyczenie do GKS-u Katowice, gdzie ślad po nim zaginął.

Takesure Chinyama

Ostatnim czarnoskórym napastnikiem, który namieszał w Legii (tym razem bardzo pozytywnie)  był Takesure Chinyama. Pochodzący z Zimbabwe napastnik trafił do stolicy z Groclinu Grodzisk Wielkopolski jesienią 2007 roku. W swoim debiutanckim sezonie strzelił 15 bramek i zdobył z Legią Puchar Polski. Zasłynął z niesamowitego ciągu na bramkę i ignorowania kolegów w polu karnym. Po golu strzelonym Widzewowi cieszył się w wyjątkowo awangardowy sposób.

Lecz pełnię swoich możliwości pokazał rok później. Trafił 19 razy i wspólnie z innymi młodym talentem – Pawłem Brożkiem – został królem strzelców Ekstraklasy. Jednocześnie zmarnował co najmniej drugie tyle okazji. Nazywany „taktycznym analfabetą” ostatecznie wpadł w błędne koło lenistwa i kontuzji. W kolejnym sezonie zagrał tylko w 7 meczach, strzelając 2 bramki. W następnym nie trafił ani razu, po czym wrócił do Zimbabwe. W Polsce pojawił się znowu jesienią 2015 roku, by grać w trzecioligowym LZS Piotrówka (woj. Opolskie)

 

Rate this post