UDOSTĘPNIJ
Lionel Messi; fot.: sport.interia.pl

Puchar Króla wkracza w decydującą fazę. Po starciach gigantów z trzecioligowcami, w meczach 1/8 finału pojawiają się spotkania, które można uznać za hity. Takim na pewno był środowy mecz na Santiago Bernabeu i podobnie jest z czwartkowym starciem na San Mames.

Mecze Athletiku z Barceloną w ostatnich latach są stałym elementem piłkarskiej rzeczywistości na Półwyspie Iberyjskim – w ciągu ostatnich trzech lat drużyny te spotykały się aż 11 razy. Bywało różnie, choć z przeważającej liczby starć zwycięsko wychodził zespół z Katalonii. Były wśród nich takie wyniki jak 6:0 czy 2:5 na rzecz Blaugrany… Gospodarze wolą jednak pamiętać 4:0 z sierpnia 2015, dzięki któremu Baskowie zdobyli Superpuchar Hiszpanii. Wtedy również faworyt wydawał się jasny i przyjeżdżał do Bilbao, by wypracować solidną zaliczkę przed rewanżem na Camp Nou.

Powtórka z rozrywki

Pierwsza połowa dostarczyła naprawdę sporo emocji. Obie drużyny od samego początku narzuciły wysokie tempo – Barcelona chciała szybko wyjść na prowadzenie i kontrolować mecz na trudnym terenie, Athletic widział zaś w napieraniu na bramkę Ter Stegena jedyną szansę na awans. I rzeczywiście, ofensywna gra przyniosła rezultat – przed upływem pół godziny Lwy wykorzystały dwie sytuacje, i po strzałach odpowiednio Aduriza i Williamsa wyszły na dwubramkowe prowadzenie. Na uwagę zasługuje zwłaszcza trafienie tego drugiego – w 27 minucie planowano oddać hołd piłkarzowi Athleticu Yerayowi Alvarezowi, który w ostatnich dniach 2016 roku dowiedział się o nowotworze. Nie dało się chyba zrobić tego w lepszy sposób.

Taki wynik nieuchronnie prowadził do podgrzania atmosfery na boisku. Kolejne nieudane kontry Barcelony tylko irytowały, kiedy Neymar bądź Messi musieli w pojedynkę stawiać czoła połowie jedenastki gospodarzy. Niestety, niektóre wydarzenia niewiele miały wspólnego z prawdziwym duchem sportu. Po jednym z rzutów różnych pod bramką Ter Stegena doszło do starcia między Adurizem a Umtitim, po którym utalentowany Francuz upadł i zaczął dławić się własnym językiem. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Żeby dopełnić obrazu niesprawiedliwości, tuż przed gwizdkiem na przerwę sędzia nie podyktował zasłużonego karnego dla Dumy Katalonii.

W drugich 45-ciu minutach tempo gry wyraźnie spadło, czemu ciężko się dziwić – stawka była zbyt wysoka, by dalej ryzykować, a 2:0 to niebezpieczny wynik. Udowodnił to Messi, który w kilka minut po wznowieniu meczu zdobył ładną bramkę z wolnego. W kolejnych minutach powoli konstruowane akcje obu zespołów występowały na zmianę z czerwonymi kartkami dla piłkarzy Athleticu – najpierw wyrzucony został Raul Garcia, następnie Iturraspe.

Cel minimum wykonany

Ciężko jest mi za ten mecz pochwalić kogoś z Barcelony. Przegrali i to w przeciętnym stylu. Mimo to wśród tych, którzy rzucili mi się w oczy, był Neymar. Brazylijczyk robił dużo szumu, starał się być aktywny i często brał udział w akcjach zespołu. Nieźle prezentował się Iniesta czy Alba, który ładnie podłączał się do ofensywy. Z bloku obrony nie najgorzej wypadli też Sergi Roberto i Umtiti. No i trzeba docenić Messiego, któremu rzeczywiście bramki z wolnych przychodzą znacznie łatwiej niż z jedenastego metra. Dziś również spisywał się bardzo dobrze. Z pewnością Barcelona zrobi wszystko, aby w rewanżu przed własną publicznością wypaść lepiej i zamazać negatywne wrażenie z dzisiaj gradem bramek.

Klasa nie przychodzi z wiekiem

Baskowie mogą mieć mieszane uczucia co do dzisiejszego meczu. 2:0 wyglądałoby dużo okazalej, a przecież można było wygrać nawet wyżej. Tymczasem dostali marne 2:1, a biorąc pod uwagę, że na Camp Nou Katalończycy na pewno coś strzelą, nie jest to świetna zaliczka. Z drugiej strony, wygrali z Barceloną, i to będąc stroną dominującą. Naprawdę dobrze spisywała się dziś ich drużyna jako kolektyw. Dobrze grała formacja defensywna, która nie pozwalała kontrom Barcelony dotrzeć do pola karnego gospodarzy. Piłkarze Valverde często grali brutalnie, chamsko i niesportowo, jednak skutecznie.

Nie mogę nie wspomnieć tu o Adurizie. Mam do niego niesamowity szacunek, za to, że w takim wieku wciąż jest topowym napastnikiem w silnym europejskim klubie. Niestety, takie zachowania jak dzisiejsze starcie z Umtitim są poniżej wszelkiej krytyki. Za cios wymierzony w szyję stopera doświadczony napastnik powinien bezapelacyjnie dostać czerwoną kartkę i wylecieć. A tymczasem skończyło się na żółtej dla niego… i Umtitiego. Za dyskutowanie.

Możemy gdybać i spekulować, co by było, gdyby sędzia inaczej zachował się w różnych sytuacjach, ale rzeczywistość jest taka, że Athletic był dziś mimo wszystko lepszy i wygrał. Mimo to faworytem dwumeczu dalej pozostaje Barcelona – wystarczy jej jedna bramka, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stroną i uczynić duży krok w stronę obrony Pucharu Króla przez trzeci rok z rzędu. Ale Bilbao również nie można skreślić – to w końcu liga hiszpańska, tu wszystko jest możliwe.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ