UDOSTĘPNIJ
fot. Ina Fassbender

Mateusz Pamuła: Miniony rok to futbolowo rak

Za nami ekscytujący rok z punktu widzenia polskiego kibica. Jednak wyściubiając nos poza polskie podwórko i oceniając miniony rok w futbolu w skali makro, nie jest już tak kolorowo.
„A w futbolu, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak, proszę pana” parafrazując słowa z kultowego „Rejsu”. Czasem nudno, a czasem szaleńczo patologicznie. Tak właśnie widzę świat futbolu w kończącym roku.

Od czasu zwycięstwa w Lidze Mistrzów piłkarzy z Porto, próżno szukać w tych elitarnych rozgrywkach większych niespodzianek. Nie inaczej było w sezonie 2015/2016. Kolejne zwycięstwo giganta – tym razem Realu. Barcelona odpadła dość wcześnie, ale z silnym Atletico. W półfinale oczywiście był też Bayern. Nuda.
A po fazie grupowej tegorocznej edycji również bez większych niespodzianek. Kto miał wyjść z grupy ten wyszedł. Chwała Legii, że chociaż ona postarała się o małą niespodziankę i wyprzedziła w grupie znacznie lepszy Sporting.

W tym roku odbyły się również najnudniejsze Mistrzostwa Europy w historii piłki. Do historii przeszedł mecz Portugalii z Chorwacją, w którym przez 117 minut żadna z drużyn nie była w stanie oddać celnego strzału na bramkę. Poziom finału także pozostawiał wiele do życzenia. Euro wygrała Portugalia. Może i to niespodzianka, ale na pewno nie kalibru Grecji z 2004 r. A do tego niespodzianka nudna, wygrała drużyna grająca przeciętnie i to jest chyba najlepsze podsumowania tegorocznego turnieju o Puchar Henriego Delaunaya. Trudno przy okazji Euro doszukać się narodzin nowej gwiazdy. Dimitri Payet ma już 29 lat i pozostał w przeciętnym West Ham United. Z kolei Renato Sanches został właśnie wybrany do jedenastki największych  rozczarowań niemieckiej Bundesligi.  A Pogba – o którym kilka słów później, grał nijako, znacznie słabiej od Matuidiego albo Sissoko.

Przy okazji Mistrzostw Europy nie sposób wspomnieć o historycznym sukcesie Polski. Pytanie czy jest tak naprawdę czym się zachwycać? W tym wypadku robi się z Polski kraj o potencjale i możliwościach – z całym szacunkiem – Białorusi.  Świetnie, że wyszliśmy z grupy na Euro – ale jest to tylko sukces w stosunku do poprzednich nieudanych imprez naszej reprezentacji. Czy nasi kadrowicze wychodząc z grupy na Euro zrobili nam łaskę? Dokonali niemożliwego, sprawili sensację? To trochę tak, jakby uczeń ogólniaka zdał maturę. W sesji poprawkowej. Brawo, gratulacje, ale czy jest co świętować? Zrobił co miał zrobić.
Tak, jak nasza reprezentacja, porównując ją do tej z poprzednich imprez. Szacunek za przejście porównywalnej poziomem Szwajcarii, ale niech  szampany chłodzą się na mundial w Rosji. Nie ma sensu ich teraz otwierać.

Kiepski poziom sportowy to nie jedyny rak toczący światowy futbol w mijającym roku. Przerzuty rozpoczęły się w momencie transferu Higuaina za 90 mln euro, a potem Pogby do Manchesteru za ponad 100. Szalone ceny, kompletnie oderwane od rzeczywistości. Piłka nożna jest biznesem od dawna, ale chyba pierwszy raz w historii, zapłacono aż tak dużo za samą wartość marketingową. Jaka jest realna wartość samych umiejętności piłkarskich Pogby? Moim zdaniem nie więcej niż 60, 70 milionów. Transfer Higuaina to kuriozum być może jeszcze większych lotów. Argentyńczyk jest  bez wątpienia topowym napastnikiem, ale aktywacja klauzuli przez Giuseppe Marottę zakrawa o szaleństwo.

A to szaleństwo przybierze jeszcze większe rozmiary. Kluby z Chin wyraźnie cierpią na nadmiar pieniędzy   i nie zawahają się zepsuć piłki jeszcze bardziej. Jeden z czołowych zespołów, Shanghai Shenhua, właśnie pozyskał 32-letniego Carlosa Teveza. Argentyńczyk opuszcza swoje ukochane, utęsknione Buenos Aires, aby zarobić 38 milionów dolarów za sezon. Jednak chińskie macki ani myślą się ograniczać. W tym roku Inter Mediolan przejęło – jakże by inaczej – chińskie konsorcjum Suning Group. Z kolei Sino-Europe Sports rozpoczęło proces wykupu Milanu z rąk Silvio Berlusconiego. Była era katarska, nastały czasy chińskie. Pieniądz będzie rządził piłką coraz bardziej, a wszystkim kibicom buntującym się przeciwko temu trendowi pozostaje tylko jedno – przestać śledzić swoją ukochaną dyscyplinę.

Tym bardziej, że pomocy przed zalewem mamony znikąd. Bogaci będą coraz bogatsi, a biedni w najlepszym wypadku nie będą biednieć. Taką futbolową rzeczywistość postanowiła urządzić nam UEFA. Od sezonu 2018/2019 cztery topowe ligi Europy, będą automatycznie miały cztery zespoły w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Zyski z rozgrywek zwiększone o 20%  i kłody rzucone pod nogi przeciwnikom „egzotycznym”. Bogacze upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu. Także zanim – z perspektywy polskiego kibica – uznamy rok 2016 za udany, zastanówmy się jakie zmiany w tym roku zainicjowano i w jaki sposób wpłynie to na kondycję polskiego futbolu. Pozostaje nam patrzyć na ucztę bogatych i liczyć, że na podłogę czasem spadnie smaczny okruch. I że w wyścigu po ten okruch nie wyprzedzi nas zespół z Kazachstanu albo Gruzji.

Piotr Wassermann: Miniony rok to – mimo wszystko – RiGCz

Dublet na stulecie, walka z Piastem do ostatniej kolejki i pokazanie swojej dominacji w kończącym sezon meczu (3:0 z Pogonią Szczecin). Później eliminacje wygrane w okropnym stylu, ale zwycięzców w końcu się nie ocenia.  Dokładnie po 20 latach od ostatniego występu Widzewa, w Lidze Mistrzów zameldowała się Legia. Przed dwiema dekadami też były cztery punkty. Łodzianie wygrali u siebie z drużyną porównywalną (Steaua) oraz zremisowali z późniejszym zwycięzcą rozgrywek – Borussią. Legia powtórzyła wynik Widzewa, zajmując trzecie miejsce w grupie. Analogie się mnożą, może poza reakcjami kibiców.

Urwanie punktów wielkiemu Realowi, stuprocentowe wykonanie planu w ostatnim meczu ze Sportingiem – tego prawie nikt (może poza Konradem Hryszkiewiczem) się nie spodziewał. Pamiętacie pewnie niekończący festiwal szyderstw na zeszło.com: 0% szans na wyjście z grupy, 0% na zdobyte punkty, 4,76% na strzeloną bramkę”. Bramek ostatecznie było w sumie 9, punktów cztery, a na wiosnę gramy dalej. Oczywiście były momenty delikatnie mówiąc słabsze, na przykład cały okres z Besnikiem Hasim jako „trenerem”. Szczególnie bolał mecz z Górnikem Zabrze w Pucharze Polski i pierwszy mecz z Borussią. Lecz powiedzmy sobie szczerze: problem leżał w szatni. Po wywaleniu trupa z pokoju (Hasi) i wpuszczeniu świeżego  powietrza (Magiera) Legia zaczęła grać przebojowy, ofensywny futbol.

Dawno (a dokładnie od czasów europejskich przygód Wisły Kraków i Groclinu) nie widzieliśmy tak bezpardonowo grającej polskiej drużyny. Co więcej, z każdym meczem było lepiej, a plan który wcześniej był tylko cicho wypowiadany przez największych fanów Legii stał się rzeczywistością. Doczekaliśmy czasów, gdzie można grać z najlepszymi bez żadnych kompleksów. Oczywiście 4:8 w Dortmundzie boli, ale widać taka musiała być cena za bramkę Kuchego w Lidze Mistrzów. Gdyby jeszcze nie ta obrona.

Szkoda, że równie dobrze nie zaprezentowały się inne polskie drużyny. Odpadnięcie czarnego konia ekstraklasy Cracovii już w pierwszej rundzie i to z macedońskim Shkëndija Tetowo można uznać za ponury żart. Podobnie blamanż Piasta z Göteborgiem. Jedynie Zagłębie Lubin otarło się o fazę grupową Ligi Europy.   Przykro, że oprócz Legii, europejskie przygody są dla polskich klubów wciąż raczej „pocałunkiem śmierci” niż „wielką szansą”.

Jak słusznie zauważył Mateusz, nie da się patrzeć na europejskie puchary inaczej niż przez pryzmat finansowych różnic między klubami. Kopciuszków w Lidze Mistrzów było kilku (Łudogorec, FK Kopenhaga, Rostów), ale żaden poważnie nie zagroził największym faworytom. Do 1/8 finału awansowały wszystkie drużyny z największymi budżetami z wyjątkiem Tottenhamu:

Jeżeli chodzi o ogólny poziom sportowy Ligi Mistrzów w 2016 roku, to naprawdę nie ma na co narzekać. Atletico szło jak taran, Real musiał ratować się remontadą z Wolfsburgiem, a Petrodolary zaprowadziły Manchester City aż do półfinału. Kto wie, czy gdyby Yaya Toure  był „troszkę” mniej chimeryczny a Fernando nie strzelił samobója, to bylibyśmy świadkami naprawdę wielkiej sensacji.

Podobnie z Ligą Europy: Szachtar Donieck przejeżdżał się jak walec drogowy po Schalke (3:0 w dwumeczu), Anderlechcie (4:1) czy Bradze (6:1), by zatrzymać się dopiero na etatowym mistrzu tych rozgrywek – Sevilli. Tak samo Liverpool, który dostarczył wielkich emocji, głównie za sprawą swojego charyzmatycznego menedżera Jurgena Kloppa. W fantastycznym stylu odprawili znienawidzony Manchester United, a potem po horrorze wygrali z Borussią Dortmund. Sił jednak wystarczyło jeszcze tylko na półfinałowe starcie z Villarrealem i jedynie pierwszą połowę finału. W drugiej trzy bramki i wielką klasę pokazała drużyna Sevilli (jeszcze) z Grzegorzem Krychowiakiem na pokładzie.

Rok 2016 upłynął poza piłką klubową także pod znakiem EURO. Losowana z ostatniego koszyka Walia dotarła aż do półfinału, debiutująca na mistrzostwach Islandia do ćwierćfinału. Czego chcieć więcej niż takich niespodzianek? No, może dobrego występu Polski, ale tu też było bardzo przyzwoicie. Szkoda, że trema zjadła naszych reprezentantów, bo Portugalia naprawdę była do ogrania.

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ