Dziś prawdziwych kibiców już nie ma…

Dziś prawdziwych kibiców już nie ma…

W środowisku internetowych fanów piłki nożnej aż roi się od przeróżnych teorii, mniej lub bardziej spiskowych. Co jakiś czas słyszy się o zbyt dużej ilości obcokrajowców w czołowych ligach, o zbyt wysokich zarobkach piłkarzy czy nowobogackich inwestorach, którzy rzekomo mają psuć futbol. Spośród nich wyróżnia się jednak jedno hasełko, które w ostatnich tygodniach nabrało szczególnego znaczenia. Głosi ono, że mianem prawdziwego kibica określać się mogą wyłącznie te osoby, które regularnie zjawiają się na stadionie swojego ukochanego klubu.

Zacznijmy od prostego pytania. Skąd biorą się kibice? Skąd w nich ta niezwykła więź, która każe stawiać, często wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, jeden klub ponad wszystkimi innymi? U jednych jest to sprawa pochodzenia. Urodziłem się w danym mieście, więc kibicuje lokalnej drużynie. U innych kibicowską pasję zaszczepili rodzice, którzy jeszcze za młodu zabierali nas na sportowe wydarzenia. A skąd u polskich fanów bierze się miłość do klubów zza granicy? Prawdziwy kibic nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Tak samo jak prawdziwy rodzic nie wie dlaczego kocha swoje dziecko. On po prostu to czuje. Krytykowanie innych tylko dlatego, że nie wspierają polskich, lokalnych klubów to podludzizm w najczystszej postaci.

Nie od dziś wiadomo, że wpływy z dnia meczowego to dla zdecydowanej większości klubów jedno z podstawowych źródeł finansowania. Więcej zarabia się tylko na prawach transmisyjnych i czasem na transferach. Wizyta na stadionie to przecież nie tylko bilet. Do kasy klubu wpadają też zyski z zakupionych posiłków czy gadżetów w sklepie kibicowskim. Skoro zależy ci na klubie to dokładasz się do jego funkcjonowania. Na pierwszy rzut oka – argument nie do zbicia. Idąc jednak tym tropem dochodzimy do bardzo niebezpiecznej zależności. Oto okazuje się, że im więcej wydajesz… tym wierniejszym fanem jesteś. Mierzenie kibicowskiej miłości zasobnością portfela rozmija się zupełnie z ideą sportu. Ideą, w której zupełnie inaczej niż w życiu – wszyscy mają takie same szanse, przynajmniej na starcie.

Zupełnie oddzielną kwestią jest też jakość kibicowania na piłkarskich stadionach. Obserwując spotkania czołowych europejskich lig można łatwo dostrzec, że spora część widowni nie jest w żaden sposób zainteresowana wspieraniem swoich piłkarzy. Dla wielu z nich, głównie gości z Azji czy Stanów Zjednoczonych, jest to nic innego jak kolejna europejska atrakcja, której jedynym sensem pozostaje zrobienie kilku ładnych zdjęć do galerii na Facebooku. Podobnie sprawa ma się z lokalnymi kibicami. Powiedzcie szczerze, ile razy było wam wstyd za ciszę na meczach waszych klubów? Ile razy mieliście dość kibiców, dla których często ważniejsze od głośnych śpiewów bywa napełnienie brzucha stadionowym hot-dogiem? Patrząc na to wszystko zza ekranu telewizora wcale nie musimy czuć się gorsi. Co więcej, atmosfera w polskich pubach, gdzie spotykają się fani danego klubu, jest zazwyczaj o wiele lepsza niż na obiektach piłkarskich.

Na koniec apel do polskich kibiców zagranicznych klubów: nigdy, przenigdy nie pozwólcie sobie wmówić, że jesteście gorszego sortu. O byciu kibicem nie decyduje ilość zaliczonych spotkań ligowych. O byciu kibicem nie decyduje ilość posiadanych w szafie koszulek czy klubowych gadżetów. O byciu kibicem nie decyduje nawet ilość zdjęć z klubowymi legendami. Prawdziwym kibicem jesteś wtedy, gdy pierwsze takty hymnu twojego klubu powodują u ciebie ciarki na plecach. Gdy czasem masz ich wszystkich serdecznie dosyć, ale raz w tygodniu, na dwie długie godziny, wszystko inne staje się mniej istotne. Bądźcie silni!

Dziś prawdziwych kibiców już nie ma…
5 (100%) 1 vote