UDOSTĘPNIJ

Jak wszyscy wiemy, Euro 2016 we Francji odbyło się w innej formie niż wcześniejsze tego typu turnieje. Zakwalifikowały się 24 reprezentacje, które zostały podzielone na sześć różnych grup. Poskutkowało to tym, że w fazie pucharowej zobaczyliśmy 16 drużyn, dwukrotnie więcej niż cztery lata wcześniej. Co więcej – chodzą słuchy, że liczba uczestników na mundialu w 2026 roku również  zostanie powiększona o osiem drużyn i za dekadę będziemy oglądać zmagania 40 najlepszych drużyn świata. Pomysł ten ma zarówno zwolenników, jak i przeciwników i jest idealnym materiałem na kolejny odcinek cyklu „Rak czy RiGCz”. Dwa spojrzenia przestawią redaktorzy Tomasz Jaskółka oraz Kamil Jabłczyński.

Stanowisko Tomasza Jaskółki

Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził – przysłowie to można śmiało odnieść do najnowszego eksperymentu UEFA, czyli rozszerzenia Mistrzostw Europy do 24 drużyn. Każde innowacyjne rozwiązanie niesie za sobą zarówno plusy i minusy. Jednak według mnie, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, wyszło pozytywnie. Śmiało można wysunąć tezę, że europejska federacja stanęła przed trudnym zadaniem i wyszła z niego obronną ręką. Powodów jest co najmniej kilka.

Po pierwsze. Nie ulega żadnej wątpliwości, że w ostatnich latach wiele europejskich drużyn znacząco poprawiło swoją grę. Nie musimy daleko szukać, wszak jeszcze kilka lat temu reprezentacja Polski remisowała z Mołdawią, a ogromne wyzwanie stanowiła Irlandia Północna.

Aktualnie może nie jesteśmy drużyną, która z miejsca staje się faworytem każdego turnieju, jednak na pewno nie stanowimy już tła dla żadnej, nawet najlepszej reprezentacji.

Ponadto kraje takie jak Albania, Węgry, Irlandia czy Walia na początku XXI wieku były miejscami, do których jechało się po pewne trzy punkty. W tym roku natomiast udało im się awansować do finałów mistrzostw Europy. Gołym okiem widać, że poziom piłkarski starego kontynentu znacząco wzrósł i poza reprezentacjami pokroju San Marino i Gibraltaru próżno szukać typowych „chłopców do bicia”, o czym dobitnie przekonała się Grecja, dwukrotnie przegrywając z Wyspami Owczymi.

Kilkanaście lat temu można byłoby mieć wątpliwości, że po powiększeniu liczby zespołów do 24 na Euro zagrają drużyny, które już w pierwszym meczu przegrają 6:0, nie wykazując w ogóle woli walki i determinacji. Aktualnie takich wątpliwości nie  ma – nawet słabsze reprezentacje potrafią stawić czoła najlepszym. Przykładem może być tegoroczna przygoda Albanii, która pokazała się ze świetnej strony na Euro. Pomimo bycia kompletnym outsiderem rozgrywek zdobyła trzy punkty, była blisko remisu z gospodarzami turnieju i nie wyszła z grupy tylko przez słaby bilans bramek. Gdyby w finałowym turnieju zagrało 16 drużyn, prawdopodobnie piękny sen Lorika Cany i spółki nie miałby racji bytu.

Drugim argumentem przemawiającym za 24 zespołami jest fakt, że to właśnie teoretycznie słabsze zespoły dostarczają najwięcej emocji widzom. Świetnie jest oglądać mecz Niemcy-Francja, podziwiać z jednej strony wspaniałego Griezmanna i Pogbę, a z drugiej Gomeza czy Kroosa. Jednak to Islandia czy Walia ostatecznie dostarczały nam niezapomnianych emocji, dochodząc tam, gdzie nikt się ich nie spodziewał. Widać było, że mecze na turnieju takiej rangi to dla zawodników tych teoretycznie słabszych drużyn zaszczyt. Coś, co zdarza się prawdopodobnie raz w życiu, dzięki czemu gryźli trawę i nie odpuszczali nawet na milimetr. W przeciwieństwie do reprezentacji Anglii czy Rosji, których gra przyprawiała bardziej o ból głowy, niż zasługiwała na oklaski.

Kolejną pozytywną rzeczą, o której trzeba wspomnieć, jest postawa kibiców. Dzięki temu, że na Mistrzostwach Europy zagrało więcej drużyn niż przed laty, popisać mogli się również fani. Francuskie miasta i ulice wypełnione tysiącami Węgrów dopingujących swoją reprezentację, Irlandia śpiewająca najbardziej charakterystyczną przyśpiewkę  Euro: „Will Grigg’s on fire„, podczas której jednocześnie bawiły się tysiące osób czy wreszcie Islandia i ich „viking clapping” to z pewnością coś, bez czego tegoroczne Mistrzostwa Europy nie byłyby tym samym. To właśnie kibice drużyn, które nie były uznawane za faworytów robiły największe show.

Na koniec chciałbym jeszcze odnieść się do sarkastycznych wypowiedzi typu „W takim razie podnieśmy limit do 32 lub 40 drużyn, wtedy będzie jeszcze więcej słabszych zespołów mogących sprawić niespodziankę!”. Nie, nie chodzi o to.  Trzeba znaleźć złoty środek w ilości drużyn w samym turnieju finałowym. Kilkanaście lat temu 16 reprezentacji było wystarczające. Aktualnie, ze względu na rosnący poziom piłkarskiej Europy, format z 2012 roku w finałowym turnieju sprawiłby, że wiele drużyn, które nadały kolorytu tegorocznemu Euro po prostu do niego by się nie zakwalifikowało. 24 reprezentacje były konieczne, aby zwiększyć atrakcyjność turnieju. Przecież chodzi o show i atrakcyjność. Dlatego uważam, że UEFA wywiązała się ze swojego zadania przyzwoicie i tę „mini-reformę” możemy uznać za udaną.

Opinia Kamila Jabłczyńskiego

Faktycznie, po tegorocznych mistrzostwach Europy wielu ekspertów i kibiców piłkarskich podniosło głosy, że rozszerzenie turnieju do 24 drużyn i rozgrywanie go w formule z czempionatu we Francji nie ma sensu. Kibice byli rozczarowani – nic zresztą dziwnego.

Oczywiście faza grupowa, po której następują mecze fazy play-off, funkcjonuje na niemal wszystkich międzynarodowych turniejach od dekad. To zdecydowanie najpopularniejsza formuła i stosowana jest na mistrzostwach świata, mistrzostwach Europy, w pucharze Azji czy Pucharze Konfederacji. Najlepiej jednak sprawdza się, gdy liczba drużyn na turnieju to wielokrotność liczby dwa. W przypadku EURO 2016 nastąpił przerost formy nad treścią.

Mniej wygody dla kibiców

Niezwykle istotne jest to, jak czytelne i łatwe są reguły rozgrywek dla kibiców. W przypadku turnieju z 24 zespołami pojawił się problem z czytelnością informacji. Nie do końca było wiadomo, kto z kim zagra po fazie grupowej (dodatkowa tabela dla drużyn z trzecich miejsc). Dochodziło też do sytuacji, w której kibice tureccy oskarżali Włochów o celową porażkę z Irlandią w celu wyeliminowania ich reprezentacji z turnieju.

Kibice chcą wiedzieć wcześniej, z kim zagra ich reprezentacja w kolejnych meczach po awansie. Lubią znać turniejowe drabinki bez dogłębnych matematycznych wyliczeń i analiz. Tymczasem niektórzy nie wiedzieli, w której parze się znajdą, albo kto wróci do domu – Turcja czy Albania. Po swoim ostatnim meczu reprezentacja Albanii została we Francji, bo była w tzw. małej tabeli na miejscu premiowanym awansem. Natomiast po rozegraniu pozostałych meczów we wszystkich grupach okazało się, że odpada i drużyna musi wracać do kraju.

Co z tych zmian wynikło?

W ogólnym rozrachunku po fazie grupowej odpadało zaledwie osiem drużyn, w związku z czym o awans było o wiele łatwiej. Spowodowało to oczywiście bardziej zachowawczą grę większości drużyn. Trzy remisy mogły dać awans z grupy. Po co więc w ogóle wychodzić z własnej połowy? W ten sposób z grupy awansowali Portugalczycy, późniejsi mistrzowie Europy. Wygranie grupy nie dawało zatem lepszego rozstawienia jak na poprzednich turniejach.

Po fazie grupowej zawsze następują mecze fazy play-off. W zależności od wielkości turnieju mogą być to np. ćwierćfinały albo mecze 1/8 finału. Stworzenie drugiej fazy grupowej byłoby zdecydowanie zbyt dużym obciążeniem dla i tak  zmęczonych całym sezonem piłkarzy. Dlatego też federacje z całego świata stoją na stanowisku, że pojedynki pozostałych w turnieju po fazie grupowej najmocniejszych ekip należy rozstrzygać jednym spotkaniem. Otrzymaliśmy względem poprzedniego EURO dodatkową rundę – 1/8 finału. Na tym etapie rozgrywek niektóre reprezentacje przeżyły brutalne spotkanie rzeczywistością i przekonały się, jak dużo brakuje im do czołówki. Najdobitniej przekonały się o tym Słowacja i Węgry. Był to dowód na to, że niektórzy co prawda skorzystali na reformie. Tylko czy faktycznie o to chodziło? Zaryzykuję stwierdzenie, że na tym etapie turnieju oczekujemy bardziej zaciętych i wyrównanych spotkań.

EURO z szesnastoma drużynami, wróć!

Niestety, w przypadku turnieju o mistrzostwo Europy sprawdziło się powiedzenie, że „lepsze jest wrogiem dobrego”. Nie ulega bowiem wątpliwości, że EURO z szesnastoma drużynami, jak to miało miejsce w 2012 roku czy wcześniej, było fantastycznym turniejem. Pełnym emocji, bardzo wymagającym i uważanym przez wielu kibiców za ciekawszy od mundialu. UEFA zaryzykowała, chciała wykorzystać potencjał drzemiący w kolejnych europejskich federacjach, które mogą się pokazać na mistrzostwach. Finansowo oczywiście wyszła na tym fantastycznie. Osobiście mam nadzieję, że europejscy działacze uderzą się w pierś i wrócą do turnieju z udziałem szesnastu drużyn, który sprawiał nam tak wiele radości w poprzednich latach.

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ