UDOSTĘPNIJ
fot.: TVN Warszawa

Odwieczny problem i pole do dyskusji – jak podchodzić do występów polskich drużyn w europejskich pucharach. Czy jako kibice swoich klubów powinniśmy życzyć śmierci tym, z którymi rywalizujemy, czy w imię wyższych celów jednoczyć się w trzymaniu kciuków? Czy tym samym piłkarzom, których wygwizdujemy na swoich stadionach, warto kibicować gdy grają w innych rozgrywkach? Dziś na ten temat spierają się w drugim odcinku cyklu „Rak czy Rozum i Godność Człowieka” Jakub Pogorzelski i Mateusz Mailyan.

Jakub Pogorzelski: Dlaczego kibic Śląska Wrocław trzyma kciuki za Legię Warszawa? Średnio sobie wyobrażam, że kibice w Dortmundzie kibicują Bayernowi w europejskich pucharach.

Mateusz Mailyan: Myślę, że porównywanie tych klubów do Legii i Śląska nie jest miarodajne. Hiszpanów czy Niemców „stać na to”, by kibicować swojej lokalnej drużynie. Nas niestety nie. Uważam, że w naszym wspólnym polskim interesie jest trzymanie kciuków za Legię, czyli obecnie najlepszy, najbogatszy i jak widać najlepiej zarządzany polski klub. Tu nie chodzi o sentyment czy uszanowanie dawnych sukcesów tego klubu (bo tym darzę Śląsk), a o dobro i honor naszej piłki, który jest od paru ładnych lat broniony głównie przez stołecznych. Jak pokazuje tegoroczny sezon w europejskich pucharach, innym naszym drużynom brakuje pieniędzy, ogrania i doświadczenia na tym poziomie. Wszystkie te cechy spełnia drużyna z Warszawy, która już teraz zarobiła tyle pieniędzy dzięki awansowi do LM, że odskoczy innym polskim klubom na lata.

J.P.: Co do tego odskoczenia finansowego – nie ma takich pieniędzy, których nie da się zmarnować, zwłaszcza w piłce. Pieniądze zarobione z transferu Dudy pójdą na pensje Langilów i Vranjesów.

Czy Niemców stać na kibicowanie? Jeśli popatrzymy na to tylko jako zdobywanie punktów do rankingu, być może tak. Podobnie można odnieść się do Europy Zachodniej w innych aspektach życia – np. ludzie w Polsce mówią, że na Zachodzie są wyższe zasiłki, dodatki socjalne i dlaczego tak nie ma w Polsce. Bo nie jesteśmy Niemcami ani Hiszpanami, krótko. Tradycja piłkarska i sukcesy tych państw na arenie klubowej jak i narodowej są nie do porównania – wspomnę tylko, że pierwszy raz do Mistrzostw Europy Polacy w ogóle awansowali w 2008 roku, a największe sukcesy to dwa brązowe medale Mundiali.

Odniosę się do tego jeszcze inaczej – wielkie pieniądze Szachtara i Dynama Kijów nie przekładają się na sukcesy Zorii Ługańsk, pieniądze Salzburga nie przekładają się pozytywnie na wyniki pucharowe SV Ried.

M.M.: Ale czy głównym czynnikiem nie powinien być tu rozwój całej ligi, a nie poszczególnych klubów ? Więcej nabitych do rankingu punktów przez Legię to lepsza pozycja Ekstraklasy, a co za tym idzie, prawdopodobnie większe pieniądze za prawa telewizyjne dla naszych klubów. Czyli koniec końców otrzymują one bezpośredni zastrzyk gotówki.

J.P.: Na stadionie przy Łazienkowskiej byłem w sektorze gości. Jestem kibicem Jagiellonii Białystok, więc życzę źle Legii. Nie popadam w schizofreniczne życzenia jej śmierci w lidze i jednocześnie ściskania za nią kciuków, bo akurat gra z przeciwnikiem zagranicznym. Sprawiało mi radość obserwowanie, jak Arkadiusz Piech strzela hattricka w barwach Ruchu, albo Michał Przybyła zdobywa zwycięską bramkę przy Łazienkowskiej. Jeszcze mocniej mnie ucieszy, gdy Legia cały mecz z Realem będzie się skutecznie bronić i straci bramkę po samobóju w doliczonym czasie gry. Tu przechodzimy do kolejnej, najważniejszej kwestii. Nie jestem księgowym ani nie gram w Football Managera. Nie obchodzi mnie tabelka w Excelu, ani to że Legia będzie mieć monopol na młode talenty z Polski.

Lepsza pozycja Legii w Europie nie równa się rozwojowi ligi i innych klubów, przeciwnie – to robienie z nich przybudówek. Chcesz wyrównanej, silnej, zrównoważonej ligi, czy polskiego Dinama Zagrzeb?

M.M.: Zawsze było i będzie tak, że w razie konfrontacji Śląska z Legią będę trzymał kciuki za tych pierwszych. To w końcu oczywiste, to jest mój klub, z miasta, w którym się urodziłem oraz wychowałem i zawsze będzie dla mnie na pierwszym miejscu.

Co do silnej i wyrównanej ligi to te dwa aspekty nie są możliwe u nas teraz do połączenia. W naszych warunkach nie da się stworzyć silnych rozgrywek, gdyż po prostu nie ma predysponowanych do tego zespołów. Co sezon pojawiają się drużyny „jednego sezonu”, które zajmują wysokie miejsce w tabeli, po czym w następnym sezonie, gdy przychodzi im się mierzyć m. in. w europejskich pucharach, od razu puchną i grają na miarę drużyn amatorskich. Niestety, trzeba póki co pogodzić się z tym, że czekamy na poważnych inwestorów, który wpompują wielkie pieniądze w nasze kluby, dzięki czemu wzmocni się rywalizacja w naszej lidze, albo życzymy dobrze Legii, godzimy się z ich dominacją na krajowym podwórku i trzymamy kciuki za sukcesy w Europie.

J.P.: Być może mój sposób rozumienia istoty rywalizacji piłkarskiej jest nieco przestarzały. W twoim myśleniu widzę dużo podejścia rodem z filmu „Moneyball”. Mi jest jednak bliżej do wielkich emocji, romantycznie pojmowanych niespodzianek. Obce jest mi też patrzenie na futbol jako starcia wielkich inwestorów. Widzę i widziałem piłkę nożną lekko wyostrzonym wzrokiem chłopaka, który wypił przed meczem kilka piw w okolicznym lasku. Życzę Legii sześciu porażek, co nie zmienia faktu że bardzo im gratuluję awansu i odnoszę się do tego dokonania z uznaniem.

1 KOMENTARZ

  1. Tyle, że Bayern kibicuje Borussi w LM, nawet na oficjalnym fan page’u trzymali kciuki za BVB przed spotkaniem z Realem. To tylko polaczki mają małą mentalność, zawistnych ludzi. To jeszcze z komuny nam zostało.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ